RSS
 

6 styczeń 2012, g. 13:53

15 sty

Zastanawiacie się, czy można w Polsce, w powiatowym szpitalu, z dala od zgiełku wojewódzkiego miasta i przepełnionych oddziałów położniczych, czy można jeszcze urodzić godnie, w poczuciu Absolutu, spełnienia, w radości, poszanowaniu Matki i rodzącego się Dziecka, łagodnie, bez pospieszania, w naturalnym rytmie, bez zakłócających ten niezwykły proces medykamentów i chorych procedur, z chroniącą przed agresywną ambicją lekarza położną – przewodniczką?

Odpowiem Wam – MOŻNA!!! :)
I my jesteśmy na to NAJLEPSZYM dowodem, że narodziny małego człowieczka to prawdziwy Cud :)

Ta mała Kruszynka ma na imię Ania i jest z nami już od tygodnia:

 

Spisuję ciągle opowieść o tym Cudzie, ale czasu brak, Fąfel pomimo ładnego reagowania na Małą, nasilił swój bunt dwulatka i z ledwością radzę sobie z emocjami (a  koktajl hormonalny daje mi nieźle popalić).

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zegarowa bomba

27 gru

Tik.. tak.. tik.. tak.. tik.. tak..
Chyba opadł mi brzuch..
Tik.. tak.. tik.. tak.. tik.. tak..
Wszyscy już nerwowo spoglądają w moją stronę..
Tik.. tak.. tik.. tak.. tik.. tak..
Zaczynają się coraz częstsze pytania: „Juuuuuż?”..
Tik.. tak.. tik.. tak.. tik.. tak..
I moje coraz bardziej poirytowane: „Nieeeeeee”..
Aaaaaaaaaaaa!!!

Wszyscy czekamy aż Dzieć zadecyduje, kiedy wyjść. Po nocach śnią mi się szpitale, dyskuje, badania, sprawdzanie, podchody do porodu, a MUFowi samo rodzenie, mój dziwny spokój („wyglądałaś jakbyś wypaliła jakieś zioło, mówiłaś tak powoli, wyraźnie wypuszczając każdą literę z ust i w ogóle się nie przejęłaś, że się zaczęło”).

Och, marzę o takim spokoju. Ale wiem, że moje planowanie w głowie nie ma najmniejszego sensu. Z resztą, nic nie wiem. A już szczególnie jak się pomieszczę w tej małej, brzydkiej salce porodowej, ze starym łóżkiem i jedynym asortymentem współczesnego porodu w postaci piłki. Bo ja chcę przecież inaczej. Wertykalnie, a nie na leżąco, czy nawet półleżąco.

A póki co to wszyscy mamy już dość. Ja szczególnie samej siebie. Ociężałej. Słoniowatej. Opuchniętej. Zmęczonej. Słabej. Zipiącej. Bez ikry. Bez energii. Pragnącej jedynie snu, leżenia, odpoczywania. A przecież jest jeszcze życie. Obiady. Zakupy. Pranie. Gotowanie. Sprzątanie.. Mówię „nie chcę, nie mam siły”. Słyszę: „zostaw, odpuść sobie, leż”. A robię.. wszystko, bo nie potrafię inaczej. Choć momentami nienawidzę tego – szczególnie planowania co na obiad.

No, właśnie..
Muszę zejść do sklepu i kupić coś na obiad..

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odważnie, cyckami do przodu!

13 gru

Wielkimi krokami zbliża się ta chwila. TA. Naprawdę! To już lada moment! Serio! Mieszają się we mnie radość, podniecenie i lęk przed nieznanym.. Śmieszne – bo jestem przecież mamą, wiem co oznacza tulić pachnącego noworodka, przystawiać do piersi, przewijać, myć.. ale nie wiem JAK RODZIĆ!

Oto przekleństwo współczesności. Zepchnięto mnie z piedestału, kazano wierzyć, że nie potrafiłabym urodzić i położono na stół operacyjny. Odrzuciłam wówczas wszelkie swoje marzenia na rzecz bezpieczeństwa dziecka. Lecz doskonale wiem, że kiedyś potrafiono rodzić nawet w takim ułożeniu dziecka – pupą do dołu. Nie poniosłam jednak ryzyka – choć przecież mogłabym się uprzeć – bo wiedziałam że personel medyczny NIE POTRAFI już przyjmować takich porodów. Są zagłuszeni współczesnością – jej wynalazkami, maszynami, kroplówkami, szybkimi operacjami. Nie muszą się zastanawiać, wysilać i czekać w nieskończoność, aż w końcu urodzi! Z resztą – współczesna medycyna na tym polu to istne Eldorado! Ileż można napchać sobie kieszeni „sianem”! Wystarczy skończyć studia medyczne, postraszyć, postawić się wyżej niż bóg, wmówić że bez szpitala i całego zaplecza – nie da się inaczej – i.. mamy pułapkę zapełnioną po same brzegi.

Mamy więc zapłakanych małżonków pragnących mieć dziecko i wydających setki tysięcy złotych na leczenie. Potem wizyty. USG. Badania. Zaklepanie miejsca w szpitalu/klinice, lekarza, położnej, znieczulenia, operacji. Aj, aj, aj! Jakiż to piękny biznes! Potem medycyna ustępuje farmacji – i koło dalej się pięknie kręci. Książki. Płyty. Filmy. Szkolenia.

Wy – kobiety – nie potraficie już wiele, ale oddajcie się w nasze zatroskane ramiona! My zrobimy za Was wszystko! Zapłodnimy pod mikroskopem dbając by w łonie zakwitło najlepsze życie z możliwych. Z uwagą wyśledzimy każdą patologię. Wybierzemy tylko jedno słuszne rozwiązanie. By na koniec otworzyć Wasze ciała i wyciągnąć z Was dzieci.

Przede mną nieznana droga. Nie znam nawet objawów porodu. Cóż. Ja zaznałam jedynie masażu szyjki (zajebiście bolesna sprawa) i podłączonej sztucznej oksytocyny, które razem dały delikatne odczucia skurczy. Ale teraz będzie inaczej. Całościowo. Dogłębnie. Naturalnie.

Siedzę więc z wielkim brzuchem i nogami  spuchniętymi jak słonica i czekam.. Spakuję jeszcze torbę, zrobię listę, pojadę do szpitala i pogadam z położnymi, zrobię kilka ostatnich badań i.. ku wielkiej nadziei – URODZĘ własne dziecko, sama, własnymi siłami, bez chemii, przyspieszaczy, bezmyślnych interwencji. Podam dłoń pierwotnej swej sile i pozwolę się unieść falom..

Trzymajcie więc kciuki!

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cisza nie jest sexy

02 gru

Lubię pisać. Od podstawówki. Moje pierwsze opowiadanie „Bracia wojny” powstało przy odtwarzanym bez końca utworze „Brothers in arms” zespołu Dire Straits. Bloga tworzyłam od zawsze w natchnieniu muzyki, wprowadzającej mnie w formę ulotnego transu. Co ciekawe, ekonomiczne artykuły także zaczęłam tworzyć przy muzyce. Coś jednak w tym jest na rzeczy, że cisza, choć sama w sobie cudowna i potrzebna, nie przynosi mi uduchowionych rezultatów. Jest płaska i mało obfitująca w symbole. Jest potrzebna, ale na innych poziomach.

A wracając do rzeczy..

Jest troszkę lepiej. Uspokajam swój umysł. Grabię palcami w ziemi twardej, czarnej i czasami tylko ich czubki zapadną się gwałtownie i zanurzą w gorącej lawie wściekłości i furii. Wybucham wówczas niespodziewanie. Zaskakująco. Nieodwracalnie. Czasem przez pokój przeleci więc coś, co akurat mam pod ręką. Innym razem pchnięte Gniewem drzwi wybiją ściankę i wyrwą kilka półek ze śrubami.

Frustracja..

A ciąża dopełnia się powoli. Finiszuje. Mała kręci się, kopie, ciśnie. Nie mogę jednak powiedzieć: „tak, odpoczywam, tak, relaksuję się, zbieram siły”. Mam wszystko na głowie, w tym 2-letniego buntownika, którego kocham tak samo mocno, jak i mocno potrafi doprowadzić mnie do furii.

Chociaż patrząc na siebie z boku, analizując, dostrzegam że i tak cierpliwości jest we mnie mimo wszystko sporo. Tracę ją jednak podczas rozmów z moją Matką. Jej władczy ton, sugestie, pytania – prowadzą momentami w sam środek Epidemii mega wkurwu (że tak już brzydko zaklnę).

Ja się cieszę się, że mogę rodzić siłami natury.
A moja Matka na to: „Ty się lepiej nad tym dobrze zastanów. Nie jesteś już młoda..”
Suuuuper! Po prostu „kocham” takie teksty!
Matka dalej swoje ciągnie, porównuje swoje dwa porody – ze mną w wieku 24 lat i ten 9 lat później z Bratem. Że ten drugi był mega ciężki, katorżniczy, okropny, be, fuj!
Matka: „Przemyśl to lepiej dobrze, cesarka byłaby lepsza, ale..” (i tu pada moje „ukochane” stwierdzenie dodane z kwasem żrącym każdy metal) „.. zrobisz co będziesz chciała!”

Rodzice postawili nam ściankę działową, a to pociągnęło za sobą konieczność dokonania w trybie nagłym i pilnym wielu zmian. Przestrzeń skurczona zmusiła do zakupu mebli. Oszczędzamy mocno, więc skończyło się na zakupie wersji używanych. Stół skręca MUF z rozłożonej na części pierwsze szafki już nieprzydatnej, która musiała zniknąć z przepełnionego już pokoju. Próbujemy się ogarnąć. Nie zwariować.

Matka: „Oj, tam, dacie radę. Nie musicie mieć od razu super mieszkania. Będziecie je upiększać w dłuższym epizodzie życia i tyle”

Ok. Ma rację. Akceptuję ten stan budowy. Nie mam siły na walkę.

Wczorajsza rozmowa:
Matka: „I jak tam ścianka działowa?”
Ja: „No, tak jak ci mówiłam, machnęliśmy ją gruntową by się nie kurzyło mieszkanie i tyle”
Matka: „No, ale to już słyszałam 2 tygodnie temu. A co dalej?”
Ja: „Przecież mówiłam ci, że musielibyśmy momentalnie pomalować 70% mieszkania, a nas na to nie stać!”
Matka: „Przesadzacie!”

I po chwili dodaje.. „A przemyślałaś już sprawę rodzenia?”
Ja: „Słucham?”
Matka: „No, tego JAK będziesz rodzić?”

Ucinam rozmowę. Odbijam jak najdalej. Bo czuję że lada moment stracę cierpliwość i zacznę krzyczeć. Chociaż w głowie to już krzyczę, drapię, kopię, wydłubuję paznokciami Emocje i ciskam nimi o ścianę. Działową, niech będzie.

Wszystko wie najlepiej. Chce najepiej. Lecz zapomina o dystansie. Zamiast rad i sugestii są kolczaste upomnienia, rozkazy niemal, tupanie nogą, obrażanie się, podnoszenie głosu i poczucie, że to nie jest rozmowa, dialog, wsparcie – a – pieprzona WALKA. I jaki jest jej niby sens? Chyba tylko w tym, by gdy się nie powiedzie, wypluć z siebie z prędkością karabinu maszynowego słowa pociski: „A nie mówiłam?! No, ale ty wolałaś zrobić po swojemu, prawda?!”

Czy Ona naprawdę nie widzi, że mam, kurwa mać, prawie 35 lat?!?!?!?!?!?!?!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fotki dwie

20 lis

Na 5 tygodni przed desantem wspominam piękną jesień jaka zawitała do naszego lasu, no i pochwalę się małym buntownikiem też:

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gwoli wyjaśnienia..

19 lis

 
..to nie, nie jest tragicznie. Jak już pisałam kilka notek wcześniej – komornik nas z domu nie wygania, banki są zaspokajane stosownymi ratami, a czynsz, choć o 100% większy (620 zł), płacimy regularnie (jak i wszystkie z resztą rachunki). Są jednak miesiące, gdy nie mamy już nawet na chleb. Zdarzyło nam się aż tak upaść (czy jednak aby na pewno jest to upadek czy coraz bardziej piszcząca z biedy nasza polska rzeczywistość).

Są też i chwile rozluźnienia. Już nie w kieszeni, ale w głowie. To chwile, w których przypominam sobie o istnieniu Marzeń. O nich już bowiem w takiej pogoni, panice, zapomina. Wpada w koszarną pętle kiepskich myśli, te z kolei nakręcają strach, strach zapina nas pod samą szyję w gniew, gniew mści się na pieniądzach, a ich notoryczny brak nakręca kolejne kiepskie myśli..

MUF wraca do zdrowia. Uparł się i ciężko w domu pracuje po tym remoncie. Noga więc mu puchnie i boli, ale robi ile tylko może, byleby już nie leżeć, nie siedzieć w domu, itd. Zrobił się pogodniejszy i spokojniejszy. Ja także.

A Fąfel? To chodzący bunt dwulatka. Piszczy, krzyczy. Ale i tak dużo go przytulam, i całuję, i powtarzam o tym, że go kocham. I już moja ręka nie spada na pośladki, chyba że w formie pieszczoty lub zwykłej higieny.

Ach, te supełki.
Życie w całej swojej palecie barw.

Czy ja naprawdę za półtora miesiąca rodzę?
Rany.. to się dzieje na serio!

Kiedyś z resztą napiszę o tym, co czuję na finiszu, a są to totalnie odmienne myśli od tych, które miałam przy Fąflu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bulgocząc na gęsto

14 lis

Jakieś półtora m-ca, może dwa temu zmarł mojej znajomej teść. Nagle i niespodziewanie w swoim domu. Przysłała smsa informującego formalnie o sytuacji, dodając od razu wiadomość o pogrzebie.

Mijały dni. Wykonałam kilka telefonów by sprawdzić jak się czuje, jak sobie radzą – ona, mąż i 3-letni synek. I gdzieś tam, oddalając się coraz mocniej od tamtych dni, w końcu zdecydowałam się odpowiedzieć jej na pytanie, co u mnie. Nie chciałam bowiem wcześniej zarzucać ją swoimi problemami, skoro sami zmagali się z niemałym i cięższym gatunkowo. Leczy gdy opowiedziałam o tym jak mi ciężko (pogrążające nas problemy finansowe, moja ciąża coraz cięższa, opieka nad lekko zbuntowanym prawie 2-latkiem i opieka nad niepełnosprawnym MUFem – za chwilę wyjaśnię w czym rzecz – a właściwie nad całym domem w całej swojej najcięższej wersji gatunkowej, łącznie z dźwiganiem zakupów czy śmieci) – usłyszałam w odzewie, że: "E, tam, to żadne problemy, uwierz mi, przy tym czego my doświadczyliśmy". Z grzeczności przyznałam jej rację, choć poczułam się jakby mnie w twarz uderzyła. Wcale nie uważam, by należało poprzez tylko swoją miarę dzielić problemy na lekkie i ciężkie. Dla każdego co innego jest lekkie, a co innego już ciężkie.

Może nie zawsze tak miałam, ale Życie z czasem nauczyło mnie, iż każdy człowiek ma swój własny, unikalny, a nade wszystko RÓŻNY poziom doświadczeń, emocji, wrażliwości, charakteru, odporności, umiejętności radzenia sobie ze wszystkim, gąszcza problemów, itp. Więc nigdy przenigdy nie powinno się komukolwiek mówić, że się GO ROZUMIE, albo.. no, właśnie: że JA MAM GORZEJ. Nikogo nie rozumiemy. Nawet najukochańszą osobę. Dziecko. Męża. Mamę. Tatę. Babcię. Dziadka. I tak dalej. Owszem, znamy ich, ale nie do tego stopnia, by wiedzieć co dokładnie przeżywa. Na ile jego ból jest bólem, który my byśmy znieśli. I jaki sens ma ocenianie czyjegoś bólu poprzez pryzmat własnego? Dlatego możemy co najwyżej PRÓBOWAĆ SOBIE WYOBRAZIĆ co ktoś czuje, przeżywa.. bo nawet będąc w tej samej kiedyś sytuacji, okoliczności – mając jednak swój bagaż (ja, świadomość, odporność, charakter, emocjonalność, itp.) – mogliśmy przeżyć to zupełnie INACZEJ.

Wracając do mojej znajomej i MUFa. MUF wracając któregoś dnia z pracy rowerem (oszczędności) miał wypadek. Inny rowerzysta wjechał w niego, a but nie wypiął mu się ze specjalnego pedała. Skręcił staw skokowy i uszkodził kilka więzadeł. Noga w gipsie. Dziś jedziemy do szpitala go ściągać, a przed nami pewnie długa rehabilitacja..

Tymczasem przedwczoraj znowu zadzwoniłam do mojej znajomej. Niepomna tamtego telefonu (bo ja z natury szybko zapominam, no, chyba że ktoś zajdzie mi ostro za skórę). Chciałam opowiedzieć jej o totalnym chaosie jaki wprowadzili w nasze życie rodzice – z dobrego serca, lecz.. o tym za chwilę. Mówię jej więc, że pomimo wykonania zadania, które planowaliśmy (bez terminu, ale w dalszej ciut przyszłości), mamy teraz niezły "bigos" – bo doszło nam z nagła mnóstwo wydatków, które musimy (nie ma zlituj) wygenerować, albo.. będziemy żyć jak na budowie. Jeszcze nie zdążyłam opowiedzieć wszystkiego i usłyszałam, że.. jestem niewdzięczna, że powinnam się cieszyć bo jej znajomej 3 dni temu spaliło się mieszkanie, i po co właściwie ja do niej dzwonię, czego oczekuję. Jechałam wówczas samochodem po Małego (wiem, wiem, nie powinnam wtedy gadać przez tel.), więc wbiło mnie w fotel.

Co takiego uczynili nam moi rodzice? Dokładając do już posiadanego wobec nich długu, postanowili załatwić pomoc swojego sąsiada (firma remontowo-budowlana) by postawił nam ściankę działową oddzielając wreszcie kuchnię od salonu, byśmy mogli mieć swój pokój, a dzieciaki swój. Wszystko fajnie, naprawdę, tylko teraz tak: ze ściany się sypie (trzeba pomalować, przynajmniej tzw. gruntową), w domu pył, kurz, syf, kiła i mogiła. Wyrwane ze ściany meble kuchenne już nimi nie są i stoją w większej części na balkonie (który wygląda jak zalążek piwnicy – a sama piwnica i tak już przepełniona na maxa). Zniknął stół i krzesła (nie ma dla nich miejsca). Drzwi przesuwne już są obdrapane, bo kupione najtaniej. Trzeba kupić listwy przypodłogowe, wyszlifować kilka miejsc, pomalować, jak już wspominałam, ale pomalować 70% mieszkania, bo niestety wszędzie są ślady zagipsowanych dziur, itp. Wygląda więc mieszkanie jak pobojowisko. Coraz mniej miejsca. Szafa typu komandor wygląda już jak swoje prześmiewcze odbicie – pełno tam kartonów, reklamówek, misek, ba, nawet rowerek biegowy Małego. I czuję się w tym chaosie jak Cygan. I cholernie mi z tym źle. Bo nienawidzę chaosu. A żeby z niego wyjść – musiałabym mieć teraz tak na oko 20.000 zł, by kupić trochę mebli, stare – obecnie niefunkcjonalne wywalić lub sprzedać, pomalować. Jednym słowem – nie jestem już chętna by kogokolwiek do siebie teraz zapraszać..

Tymczasem rozmowa ze znajomą przypominała gęstą, bulgoczącą zupę. I mówiła to wszystko tak lekko dziewczyna, która, zanim wyprowadziła się z mieszkania do własnego domu pod lasem, przychodziła do mnie co kilka dni na kawę dzieląc się problemami małżeńskimi, czy problemami z dzieckiem, a ja ją wysłuchiwałam, radziłam gdy czułam się na siłach lub próbowałam pomagać, jeśli uznawałam to za rozsądne. Wygarnęłam jej więc, jak się poczułam. Że dokonała po raz kolejny sabotażu na moje problemy, rozsadzając je swoimi osądami i porównaniami, sprowadzając je do pozoimu zero, bo przecież zawsze są tacy, którzy mają gorzej. Znajoma próbowała to wymijać, zakańczać dla własnej wygody. Stanęło na tym, że sztucznie wymuszona zaczęła przepraszać, co mnie jeszcze mocniej zirytowało.

Więc.. łącząc te dwa tematy: stanu mieszkania i tamtej rozmowy – śmiem twierdzić, żem wkurwiona tym faktem. A za dwa miesiące rodzę..

A propos – blizna okazała się być większa! I lekarze ze szpitala klinicznego nie widzą przeciwskazań do rodzenia siłami natury. Uff!

A tak w ogóle to muszę pędzić na badania.
MUF i Fąfel nadal śpią.

Za oknem szron i przymrozek. Zima tuż, tuż..

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dość!

01 lis

Nowy miesiąc. I niezwykła rzadkość, bo za oknem dziś pogodny dzień i pożar kolorów w lesie. Czerwień, pomarańcz, żółć i resztki zieleni. Promienie porannego jeszcze słońca tańczą pomiędzy liśćmi, rozrzucanymi podmuchami chłodnego wiatru z południa. Widok baśniowy, nostalgiczny. A zapach liści i ziemi odurza. Nasyca nozdrza ulotnym zapachem. Migocze. Mieni się ciepłymi barwami. Tańczy. Roznieca wyobraźnię. I pomaga zbudować most do tajemnych wspomnień dzieciństwa – czasów kiedy wszystko było tak.. dziecinnie proste, naiwne, bezproblemowe..

A moje życie obecnie przypomina małe pudełko, którym jakieś niesforne i złośliwe dziecko, potrząsa tak mocno, że z ledwością znajduję siły na to by trwać. Nie mam sił. Jestem tak koszmarnie zmęczona, że aż mi niedobrze gdy patrzę w lustro. Szara, zapadnięta twarz, z wielkimi, ciemnymi półksiężycami i worami pod czymś, co zwie się oczami. Wielki brzuch i jeszcze większy tyłek. Lecz mimo wszystko zwisa mi to. I nie odrywam się od słodyczy – mojej jedynej wyspy rozkoszy.

MUF z zagisowaną do kolana nogą zupełnie wyłączony z życia. A na mojej głowie cały dom, z całym dobytkiem i całą mocą obowiązków – zakupy, pranie, sprzątanie, koty, lekarze, weterynarze, myjnia samochodowa, stacja benzynowa, za chwilę warsztat i znowu zakupy, śmieci, obiady, śniadania, kolacje, no i Mały. Marudzący, wyjący, skowyczący, nie-odpieluchowany (bo za cholerę nie mam siły do szarpania się z nim, skoro ucieka przed nocnikiem).

Wkrótce badanie w szpitalu i zagadka – czy mnie zamkną, czy pozwolą dotrwać do dnia rozwiązania w domu.

Ja naprawdę mam dość.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A jakie to ma znaczenie?

11 paź

A jakie to ma znaczenie, że łapię doła? Bo znowu żadna metoda nie zadziała, a kopnięcia małych i złośliwych gir podczas wymiany pieluchy w mój wielgachny brzuch, rozpakowały moją wielką furię i poszedł kolejny klaps? Jakie to ma znaczenie, że sekundę wcześniej poczułam jakby rozpadał się cały mój świat? Jakie to ma znaczenie, że sobie zwyczajnie z tym wszystkim nie radzę? Że pękłam po tym wszystkim i płakałam dziecku w szyję, tuląc i przepraszając, a jednocześnie biczując się najgorszymi epitetami jakie tylko można stworzyć? Jakie to ma znaczenie, że kilka dni temu dostaliśmy zawiadomienie o olbrzymiej niedopłacie za ciepło/ogrzewanie/wodę, bo wspólnota dostała fakturę i wszyscy teraz zgrzytają zębami? Że długi miast topnieć, wyskakują znikąd i pochłaniają, w dół ciągną, a ja w tej otchłani, nasze dziecko, dom, samochód, nienarodzone jeszcze drugie.. Jakie to ma znaczenie, że boję się chwili gdy będzie ich dwójka? Jakie to ma znaczenie, że dziś na życie mamy jakieś 200 zł do 30-go? Jakie to ma znaczenie, że gdybym mogła to bym przespała wszystko, bo boję się jutra? Jakie to ma znaczenie, że czuję iż nie podołam? Że boję się oddychać, chorować, czuć głód..? Jakie to ma znaczenie? Przecież komornik ani windykator nie stuka do mych drzwi. A bank nie zabrał mieszkania. Ale jakie ma to znaczenie, że siedzą mi te scenariusze w głowie, bo przestaje to być wszystko zabawne? Oszczędzanie na wszystkim, każdym skrawku życia i przestrzeni? Ileż można? Ale.. jakie to ma znaczenie? Jakie to ma wszystko znaczenie że żałuję iż spłodziliśmy córę? Że momentami myślę, że może lepiej by było by.. mi ją odebrano.. teraz, zanim się narodzi..? Jakie to ma wszystko znaczenie? No, jakie?

Żadne.
A żyć trzeba.
Czy jednak aby na pewno?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dziady, koszmary, na bruk

26 wrz
Znowu kolejna końcówka miesiąca. I znowu kolejne moje załamanie. Jestem niczym osobowość ‘borderline’, która rzucana jest od jednej bramki – spokoju finansowego na początku miesiąca – do drugiej bramki – czystki na koncie i paniki ‘co dalej?!’ z ostatnimi dniami miesiąca. 
Nienawidzę tego stanu. Bo nie wiem kiedy z niego wyjdziemy, z tej cholernej pętli długów, które ciągle rosną, mnożą się, suki wredne. Mam wrażenie, że robi się coraz nieciekawiej, z miesiąca na miesiąc. No bo JAK do cholery to się stało, że zniknęły z budżetu 1200 zł nadwyżki?! JAK?! Siedzę i analizuję, liczę i.. nie znajduję! Do kurwy nędzy CO SIĘ STAŁO Z NASZYMI PIENIĘDZMI?! 
Pamiętam jak ludzie mówili: "dziecko w drodze – wszystko finansowo się układa, tak już jest, że wraz z dzieciakami polepsza się finansowo". Ja pitolę, co za brednie! Drugie w drodze, nieplanowane, a mi przybywa siwych włosów ze zmartwienia. A jak słyszę gadkę uspokajającą MUFa, że najważniejsze zdrowie, że Mały zdrowy, że my zdrowi, to mu przytakuję, bo ma rację. Ale następnego dnia muszę pożyczyć na chleb. Mam klaskać uszami? Nie. Więc się wkurwiam. Miotam się z kąta w kąt i szukam pieniędzy.. w domu.
Znowu więc sprzedam książki ze swojej biblioteczki. Nigdy do nich nie wrócę, w przeciwieństwie do MUFa, który często wraca do swoich książek, dużo czyta, wypożycza z bilbioteki. Sprzedam też swój kostium ślubny. Wisi w szafie od 4 prawie lat i się tylko marnuje. Tylko muszę poczekać do nowego m-ca, by zanieść go do pralni. Mam nadzieję, że troszkę podreperuje to nasz budżet.
A przecież za 2 m-ce kolejna rata OC. W październiku przegląd samochodu. Kto wie, co tam wyjdzie. Ostatnio nam zamigała lampka kontrolna. Wiem, że samochód to skarbonka bez dna – tylko dlaczego auta psują się zawsze w najgorszych momentach? Było tyle dobrych w miarę miesięcy. W miarę.. 
Nie mam pojęcia co byśmy zrobili, gdyby nie przyjaciele i rodzina. Nie mam pojęcia jak ja im się wszystkim odwdzięczę za to, co dla nas zrobili i nadal dla nas robią. Wczoraj przykładowo przyjaciółka zrobiła nam zakupy. Za swoje pieniądze. Ot, tak. Bo uważa że tak trzeba. I tyle. A my jej też zalegamy. Niewiele, owszem. Kilka stówek. Ale jednak..
Karta kredytowa zadłużona. Nienawidzę jej. Niby to forma nisko oprocentowanego kredytu, spłacamy kwoty minimalne, ale co z tego, skoro ciągle coś się pojawia? Ciągle nowe problemy pociągają za sobą konieczność skorzystania z tego diabelskiego wynalazku? W firmie też mam dług – z mojej winy – źle rozliczyłam delegacje. Kilka stów w plecy. Czekam teraz na kolejne rozliczenie. Chcę zamknąć ten rozdział.
W sierpniu pojawił się promyczek Nadziei. Odezwały się do mnie dwie firmy szkoleniowe. Chcieli mnie na CITO by przeprowadzić, napisać, stworzyć szkolenia. Super! Zaczęłam pracę z przytupem, plan i takie tam. No i zaczęłam zliczać kasę jaką dostanę, i czułam że fruwam! "Rany, spłacimy kartę kredytową, rodziców, firmowy dług". Niestety. Żadno ze szkoleń nie wypaliło. Przetarg przegrano, a w drugiej firmie nie zgłosiło się wystarczająco dużo osób. Zostałam więc znowu z niczym.
Teraz, na zwolnieniu lekarskim (lekarka stwierdziła, że to ciąża zagrożona), nie mogę podjąć żadnej działalności. Więc pozostaje sprzedaż książek i kostiumu..
Chciałabym żeby przyszedł do mnie ktoś, kto zliczy to wszystko, rozpisze w tabelce i stworzy plan spłaty. Realny. Bo mi wciąż nie wychodzi. Upośledzona matematycznie jestem, cholera..
A pętla coraz ciaśniejsza..
Aniu, na jaki świat Ty się pchasz, Skarbie..?
Masz Złą i nieudolną Matkę..
Pieprzoną ‘borderline’.
Nienawidzę siebie.
Za tę notkę, szczególnie.
Bo i tak nikt tego nie zrozumie, a już czuję że zaczną się oskarżenia do mnie i MUFa (szczególnie do niego). I już mnie to wkurza.
Szlag,,
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii