RSS
 

Wisiorek z trzema zawieszkami

20 sie

Miłość. Jedność. Szczęście. Te trzy słowa to trzy zawieszki na srebrnym łańcuszku od miesiąca zdobiące moją szyję. Stały się moimi przewodnikami na drodze do poszukiwania zagubionej harmonii. Z dala wyglądają jak katolicki krzyż z dopinkami. Niczym folwarczny pokaz słabej mody. Mnie to jednak nie obchodzi. Lubię dotykać ich kiedy się budzę. I lubię świadomość towarzyszącą temu uczuciu – świadomość chwili, która przywiodła mnie do tej wisiorkowej idei. Moje zagubienie kontra wielka, ssąca potrzeba ustabilizowania myśli oraz całego pogmatwanego życia. Pogniecione myśli, pogniecione emocje, skopane i skundlone, skulone ze strachu i coraz mniej moje własne. Strach zagnieżdżony w samym rdzeniu serca. Uczucie krzywdy. Klątwy zesłanej (no, właśnie, przez kogo niby?), paskudnej i toczącej zgnilizną cały nasz rodzinny organizm.

Stałam się niewolnicą. Zatrzaśnięta w ciasnym i śmierdzącym pokoju, z obdrapanymi ścianami, wodą kapiącą z sufitu w nieregularnych odstępach czasu. Stałam się marionetką. Chłopcem na posyłki. Ale nie kogoś z zewnątrz. Lecz swoich własnych myśli. Mojego wielce nienasyconego, wiecznie niezadowolonego ego. Które stosując od lat tę samą taktykę, wychodziło sobie całkiem pokaźną autostradę nawykowych myśli i ocen. Zmniejszając po drodze mój entuzjazm, umiejętność cieszenia się z rzeczy małych, puchnąc za to od złego, chciwego, paskudnego poczucia klęski.

Samo-nakręcająca się sprężyna. Aż wreszcie – pękła. Od nadmiaru tego niedobrego, niedojrzałego, smutnego.

Książka Tolle, którą uważam za absolutną rewelację, rozpoczęła we mnie absolutnie nowy proces. Niesamowite, że w zetknięciu z tą nową formą, słowem, które szybko przemieniło się w ciało, kontrola osiągnęła niemal stały element mojego życia. Bo kiedy świadomość łapie kiepskie myśli – te z automatu przestają działać. Z czasem walka przybiera na sile. Stare nawyki kontra nowe pragnienia bycia wolnym. A pragnienie to na szczęście przybiera na sile.

Kiedy jednak wpuszczam te promyki słońca, dociera do mnie piękno chwil – smak kawy, powiew wiatru na ciele, zapach ziemi – uśmiech zalewa moją duszę. Jestem wtedy spokojem. Oddechem. Ładem. Jednością. Szczęściem. I miłością.

Spędziłam z MUFem i dziećmi upojne 5 dni w lesie, nad jeziorem tak czystym, że pływały w nim raki. Ukojenie, którego nie zmąciła nawet kilkudniowa walka z bólem po wyrwanym zębie. Ziemia. Jezioro. Wiatr. Las. Wiatr. Słońce. Deszcz. Cuda, istne cuda. I to we właściwym czasie. W najwłaściwszej chwili wyłuskanej z nowego harmonogramu nauki lepszego.

Nagle mam w sobie więcej dystansu. Mniej złych myśli. I choć powrót do miasta okupiłam złością, i choć wiem, że ta walka dopiero na dobre się rozpoczęła, to jednak uczucie ukojenia nie znika. Jest. Obok. Na wyciągnięcie dłoni. Myślę więcej próżniowo – czyli stricte planowo, mniej etykietowo. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. To dopiero początek. Ja to wiem.

Potok myśli.. znowu go mam. Siedzę i pisząc, z poukładanych powolnie słów, płynie do mnie ponownie lawa myśli. Próbuję je delikatnie odsunąć, by nie zalały mi monitora niepotrzebnymi przemyśleniami i pustostanami emocji.

Słońce za to, odsunąwszy w końcu wielkie chmurzyska, zalewa mój balkon na którym siedzę promieniującym ciepłem. Na stole kubek z resztką kawy. A na twarzy uśmiech. Dacie wiarę? Uśmiech. I oddech.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną

 

Koniec i początek – czyli chaotyczna notka mojego wolnego Ja

24 lip

Kilka tygodni temu nastąpił kres. Kres mojej wytrzymałości ze sobą samą. Kres tego wszystkiego, co do tej pory było marnotrawieniem energii i siły żywotniej. Troski i zmartwienia wciąż tylko mnożyły się i rosły w siłę, a ja coraz bardziej słabłam. Walczyłam z ludźmi, sytuacjami, broniąc się coraz zacieklej i coraz bardziej opadając w otchłań, której dna wciąż nie wyczuwałam. A to jest stan najokrutniejszy pod słońcem. Nie czuć dna, to jak nie czuć życia w ogóle. Nie móc opaść, to nie móc się odbić do góry. Ku nadziei i ku lepszym chwilom, których tak cholernie mocno wyczekiwało moje serce.

To był zwykły dzień. A ja na miękkiej kromce chleba, takiej puszystej, wręcz nadmuchanej powietrzem, złamałam swój ząb. Górną piątkę. Kilka dni wcześniej zepsuł się nam samochód i zachorowała córka. Więc gdy poczułam, że oto tracę kolejny ząb, poczułam… no, właśnie. Nic nie poczułam. MUF podszedł do mnie i położył mi głowę na kolanach, okazując swój strach, zmartwienie i całą etiudę emocji. A ja? Ja nic nie czułam. Byłam pusta i pozbawiona emocji, które odczuwał On. Patrzyłam więc jak MUF utożsamia się z moim zębem i jego utratą. I zrozumiałam, że to już koniec. Że to kres. Że nie dam rady tego tak przeżywać. Mówić o tym. Martwić się. Żyć tą sprawą. Po prostu nie i basta. Koniec. Nie jestem w stanie przetrawić więcej niż tworzy to mój umysł. Poczułam się jak transystorowe radyjko, w które uderza piorun i przepala wszystkie kable. Albo, co bardziej i lepiej obrazuje mój stan – jak szklanka wody wlana do przepełnionego wiadra. Ulało się. Pociekło po kolanach, po sofie, po kolanach, po szyi, po dłoniach… Nie zmieściło się. Nie było na to najmniejszej szansy. Roztwór nasycony do granic możliwości. Czy można przesycić nasycenie? Nie. Dlatego właśnie palcami stóp, po raz pierwszy od wielu lat, poczułam… dno. Wreszcie! Koniec opadania! Czas na wybicie się ku górze…

I wtedy sięgam po telefon. Dzwonię do kobiety pełnej mądrości i pierwotnej mocy. Rozmowa trwa przeszło dwie godziny. I wtedy, w końcu, nagle obejmuję to wszystko rozumem. Dociera do mnie cała skrywana po kątach zatęchłego umysłu PRAWDA. Niczym blask wspomnianego piorunu na cofanej taśmie monitoringu. Dostrzegam kierunek. Widzę co wyzwala ten blask i dźwięk. Robię szybkie notatki. Na kolanie, siedząc jednym półdupkiem na parapecie kuchennym, miejscu, gdzie zasięg telefonii komórkowej osiąga swoje jedyne możliwości. A kiedy kończę rozmowę, spoglądam na spisane słowa. Oto mój przepis na wyjście: JA.

Koncentracja na samej sobie. Na swoim zdrowiu. Na leczeniu. Na zadbaniu o samą siebie. Na przywrócenie do praktyk swoich pasji, czy hobby. Na cieszeniu się i praktykowaniu fizyki kwantowej, która wyraża się poprzez miłość i wdzięczność, na celebrowaniu chwili Tu-i-Teraz. Piramida ważności – od Obecności, poprzez Ja (bez jakiejkolwiek roli), mój mąż, potem dopiero dzieci, mój brat, aż na końcu rodzice i cała reszta rodziny, znajomych, przyjaciół, itp. Cholernie istotna staje się analiza swojego miejsca na tym rysynku, który naprędce tworze siedząc jeszcze obolałym półdupkiem na okiennym parapecie.

Rozmyślam o tym kilka kolejnych dni. Dociera do mnie wszystko to, co skrywał mój popaprany umysł. „Moje dzieci są zdrowe”. „Dzieci karmią się moją miłością”. „JA jestem miłością!”. „Ja jestem centrum wszechświata – ostoją rodziny – królową, od której zależą losy tego plemienia”. „Jestem wdzięczna. Wdzięczność jest mną, a ja jestem wdzięcznością”.

I wtedy, nagle, odmienia się nasz los. Pomoc ojca. Wpływ pieniędzy. I możemy naprawić samochód. Możemy oddać długi. Zakupić masę rzeczy, które domagały się uzupełnienia, zacerowania cieknącej czasoprzestrzeni. A ja z radością nurzam się w samej sobie. Odzieram z wieluset warstw pajęczyn, brudu, kurzu. Zaciskam dłonie i odczuwam ich ruch. Kości. Mięśnie. Krew sunącą pomiędzy nimi i łaskoczącą swoim ciepłem. Bijące serce, pragnące już tylko ukojenia. I wtedy, wreszcie, sięgam po książkę, która mnie dobudza. Która strząsa ze mnie resztki pyłu budowlanego mojego paskudnego ego. Książka ta otrzeźwia i rozkoszuje mój umysł w wędrówce, za jaką tękniło tak wiele lat. Wędrówce ku wyzwoleniu. Ku wolności. Od wszelkich trosk i od wszelkich zmartwień, którym to ja (nikt inny) nadawałam im moc i znaczenie. To ja dzieliłam troski na większe i mniejsze. Podczas gdy inni oceniali ją przez swoje pryzmaty, naoczne i od-sercowe doświadczenia. Zaczęłam oddychać. Łapać myśli. Emocje. Nagle dojrzałam ich boleść tkwiącą w moim rozumieniu i analizie. Gdy puszczałam je wolno, gdy przestałam analizować, nadawać im znaczenie, nazwy, kierunki w jakich moim zdaniem powinny się one udać, nagle mnie zaczęły opuszczać. A ja, stopniowo, zaczęłam relaksować się.

Przestałam żyć fejsbukiem. Przestałam analizować cudze wpisy pełne emocjonalnego bagna, które zawsze mnie wciągało po samą szyję. Przestałam żyć życiem innych. Przestałam ich oceniać i o nich mówić. Częsciej patrzę w górę i podziwiam. Życie. Mknące po niebie chmury. Odczuwając wiatr we włosach i pomiędzy palcami. Celebrując smak dobrej kawy i odsiewając od tej, która kawę nosi tylko w nazwie.

Mam straszny kocioł i natłok myśli, którym cały czas próbuję dawać ujście, lecz nie potrafię poukładać je w jakąkolwiek sensowną całość. Ta nowa wiedza, która tak po prawdzie nie jest NOWĄ, bo jest we mnie od zawsze, lecz trwała w zapomnieniu. Uczę się oddychać więc na nowo. Bolesna to i wyczerpująca nauka. Zapisywanie każdego wdechu i wydechu. Żebym nie zapomniała. Żebym wiedziała jak to robić. A po chwili na mojej twarzy pojawia się uśmiech. I stan błogiego umysłu. Nie ma przeszłości. Nie ma przyszłości. Jestem wolna. W chwili, która właśnie trwa. Jestem więc Tu-i-Teraz. Jestem.

Ps. Polecam lekturę „Nowej Ziemii” autorstwa Eckharta Tolle. Jeśli kogoś zachwyciło „Przebudzenie” de Mello, to „Nowa Ziemia” stanie się jego nową biblią. Tak jak i dla mnie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną

 

Pożółkłe papirusy

01 cze

Mijam ich. Codziennie. Każdego dnia roboczego. Uśmiechamy się do siebie. A czasem nie uśmiechamy. Czasem rozmawiamy. Krótkie wymiany zdań. Pogoda. Dziecko w wózku. Pies na smyczy. Winda. Remont. Schody. Promocja w lidlu.

Ich skóra szeleści. Pozwijana niczym papirusowe mapy ich wszystkich ziemskich doswiaczeń. Przewracają kartki na wietrze i podczas przypadkowego spotkania. Polowania na nową, kilkuminutową znajomość. Wyciągają wtedy z tych pożółkłych papirusów krótkie opowiastki. Z tej najbliższej przeszłości. Liczą, że i ja je poznałam. Pragną empatii. Przytaknięcia głową. Potwierdzenia zwykłym: „mhm” oraz szczerym: „rozumiem”.

Są samotni. Żyją od snu do snu kolejnego. Gdy swoje szeleszczące papirusy ułożą wreszcie na łóżku, równie skrzypiącym, co ich własny układ kostny. I utoną w sennych majakach, nierealnych uniesieniach, gdzie znowu są młodzi, szybcy i wściekli.

Ich życie i nadzieje – to te dwie blokowe windy. Stukające miarowo kołowrotkiem każdego dnia, słyszane przez każdą ścianę. To krwiobieg tego ich starczego żywota. Bo gdy kołowrotki milkną, a windy się psują – ich życie staje się ciasne, duszące i okrutnie ograniczone. Nie ma już lidla, czy piekarni z chlebem. Nie ma sąsiadki z psem i tej niani z dzieckiem. Jest wtedy ich świat zamknięty w czterech ścianach cierpienia. I przeklętego, a czasem zbawiennego, sąsiedzkiego echa. Muzyka. Kłótnia. Krzyki rozbawionego dziecka. Płaczu. Stukotu naczyń. Wołania na posiłek.

A oni posiłek muszą tworzyć sami. Ich nikt już nie woła. I nie ważne, że lodówka pusta. Musi wystarczyć wtedy zwykła kromka ze smalcem i solą. Albo rosół, co przez pięć dni służy. Będą chudnąć, powoli i niepostrzeżenie, a żołądki i tak zaplątane. Skołtunione. Przytulone do kręgosłupa niczym na warcie żołnierze. Malutkie z minimalistyczną wersją przetrwania na wiecznym czuwaniu. Do samego końca.

Blokowa społeczność to ich siostry i bracia. Nieżyjące dzieci, matki i ojcowie. Chodzące tęsknoty tułające się po korytarzach tego wielkiego blokowiska. „Dzień dobry, sąsiadeczko! Leki już wzięła czy znowu zapomniała?”. Szelest papirusu i charakterystyczna woń starczego ciała. Nogi obolałe. Opuchnięte. Lecz wciąż szurające w kapciach. Z krzywym uśmiechem na twarzy. „Witaj, kochanieńka! Herbatki się napijemy?”. I cisza. W tej ciszy toną wszystkie ich smutki oraz bieżące tęsknoty.

Mijamy się codziennie. A ja przekuwam swoją zaciekłą ostrość spojrzenia w łagodną szatę, otulinę – dla nich i dla naszego krótkiego choćby spotkania. Kilka minut na krzyż. I miniemy się. Schowamy we mgle. Ja czekając na jutro. Oni czekając na śmierć.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii pisanina dla pisania

 

Duchy przeszłości?

17 gru

Zanim zaczniesz czytac – przeprosze. Za moja dluga przerwe. I za nowy wpis bez polskich ogonkow i koncowek (pisze z telefonu). Nie wiem nawet jak nazwac moj stan i moje mysli. Sa takie.. nijakie. Mdle.

Znowu pomiedzy pietrami. A najgorsze jest to, ze utknelam na planecie: przegrana. Moim dowodca jest tu Slomiany Zapal… (z rozmyslem uzywam duzej litery)… setki pomyslow, jakie na siebie mialam. Ostatnio fotografia. Wczesniej kubki z nadrukami. Pisanie. Bycie trenerem. Zawodowo – przegrana.

Terapii, po wyjsciu ze szpitala nie podjelam: pieniadze. Pracy zadnej nie dostalam mimo setki wyslanych maili z wyraznie pasujacymi do doswiadczenia ofertami. Sprzatalam wiec cudze mieszkania i domy. Upodlajac sie przy tym, lecz walczac o chleb dla rodziny. Mialam zalozyc firme i kubki robic. Nie wypalilo z wielu powodow. Na szczescie znazla mnie inna praca. I od pazdziernika jestem niania.

Ale pomijajac moje olbrzymie szczescie, ze ta propozycja pracy znalazla mnie w ostatniej chwili, klopoty sie nie skonczyly. One trwaja. I wciaz sprawiaja, ze boje sie tego, co jutro bedzie.

Ja naprawde jestem obrzydliwym sredniakiem. Niby fajne foty robie dzieciom, ale nie umiem wgryzc sie w ten fach, tak jak robi to MUF. Pobawilam sie troche projektowaniem, ale to wszystko mialo swoj kres, gdy dwoch wykonawcow brzydko wykonalo moje kubki. Nawet pisanie powiesci… Jezu, powiesci?! Rzygac mi sie chce – pomysly mam plytkie, a wole tak slaba.. wiec mijaja dni, a ja umieram. Mdla. Nijaka. Bezbarwna. Bez celu.

Mam pomysly kolejne w glowie, ale juz tylko chce mi sie plakac. Bo wiem, ze nie wytrwam. Nie podolam. Ze poddam sie na poczatki drogi.

Wsciekla jestem, ze nie dokonczylam terapii. Wsciekla jestem, bo przebywam ciagle z dziecmi (cudzymi i wlasnymi) i cholernie brakuje mi doroslych. Wyzwan. Wsparcia. Wiary we mnie i moje mozliwosci… a nie wierzy we mnie juz nawet wlasny maz… aparat nowy kupiony na raty, polprofesjonalny, by dorabiac, uzywany jest tylko przez meza. Ja czuje sie jak slaby uczniak. I nie mam sil byc lepsza.

YWiem, ze daje duzo dzieciom. Ze uwaga, wrazliwosc, szacunek… tylko, ze znowu mnie nie ma. Noz, cholera, nie ma……. i juz nigdy nie bedzie. Nie. Nie przesadzam. Ja siebie znam. Dopoki terapeutycznie nie poznam sposobow na walke z tym byle-jakim-byciem… to bede taka jak dzis. Byle jaka.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną, psycho

 

Opór

01 cze

Wydarzenia ostatnich dni otwierają zupełnie nowe przestrzenie w pracy nad moją zwichrowaną naturą. Było więc spotkanie rodzinne z okazji 85 urodzin Dziadka, który nigdy urodzin nie obchodził, jedynie imieniny. Zderzenie moich wspomnień, tego – czym była nasza Rodzina zanim rozpoczęły się wojny polsko-polskie, a czym obecnie jest – czyli pozerowanej, udawanej i nasączonej niechęcią obecności z musu, a nie z potrzeby – zabolała. Z wielkim więc trudem zbierałam swoje rozrzucone podczas tego spotkania, emocjonalne pióra. Z trudem przełykałam łzy wracając samotnie pociągiem relacji Katowice – Wrocław. I rozdygotana od-środkowo, myślałam, że to jest właściwa tonacja terapii. Jakże więc okrutnie się zdziwiłam, gdy okazało się, iż to nie jest wcale właściwe miejsce. Bo czyż przeszłość można zmienić? Nie. Czy można zmienić Rodziców? Nie. Czy warto więc użalać się nad swoim smutnym dzieciństwem? Też nie. Bo świadomość i tak posiadam. Może lepiej ją (przeszłość) dziś rozumiem, ale sam fakt jej istnienia, jak choćby wpływu chłodnej emocjonalnie matki, czy zdrad ojca, warunkowania miłości – to przeszłość, zaś mechanizmy, które we mnie działają, uruchamiam ja sama, na skutek.. no, właśnie. Na skutek wypracowanej metody współżycia z ludźmi.

Uczę się więc rzeczy najtrudniejszej pod słońcem – uczę się mówić o Złości. Świadoma jestem przy tym jednego – że stąpam po skorupie wulkanicznej lawy. Pod moimi zaś stopami kotłuje się Żar Złości, jest wciąż żywy, istniejący, odczuwany jako realny ból istnienia. Lecz nie wiem, gdzie tkwi jej (Złości) początek, jej źródło, skąd czerpie siły do istnienia we mnie tyle już lat. Dzisiejsze bowiem różne wydarzenia, to jedyne gwałtowne wyzwalacze „starej” Energii. Są niczym kamienie ciskane na tę skorupę – ona pęka, ujawnia Złość, ujawnia jej żar, lecz nie dowodzi ani jej wielkości, ani początku. Próbuję więc dokopać się do tej głębi, dowiedzieć się więcej, poznać siebie, zanalizować. A nade wszystko – zaufać terapeucie. Bo z tym mam także problem.

Mój świat od dawna jest światem czerni i bieli. Nie na poziomie racjonalnym, logicznym, bo mam swój rozum i potrafię widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Lecz czasami ten poziom jest nieaktywny. Nic nie działa. Odbieram świat z poziomu dziecka, prostych, lecz utajonych emocji, na poziomie – akceptacji lub odrzucenia. Żyję wówczas w świecie, w którym nawet najbliższa mi osoba, jest potencjalnym zagrożeniem, szukającym na mnie i na moje życiowe wybory „haków”, dowodzących mojej słabości, niekompetencji, głupoty, itp.

Lawo, o, lawo,
nie tańcz już proszę,
wyprostuj swój bieg,
wskaż proszę drogę,
źródło swe wysusz,
i oddaj mi życie
w całości
jakim
go
pragnę
od
lat.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, psycho, rodzina, terapia

 

Za kratkami

26 kwi

Gdybym tylko mogła ująć to najlepszymi pod słońcem słowami.. gdybym tylko potrafiła odtworzyć w swojej głowie te wszystkie kotłujące się myśli.. gdybym tylko..

Miałam nadzieję na opisywanie moich kolejnych dni spędzanych za kratami szpitala psychiatrycznego, lecz każde kolejne słowa wystukane na klawiaturze, zatapiane były lokalną rzeczywistością: kolejnym „mamo!”, kolejnym: „kochanie!”..

Tymczasem powinnam już dawno napisać, iż tam dokąd udaję się każdego dnia jest więcej sensu, więcej normalności i przewidywalności, niż po tej zwariowanej stronie wysokiego muru. Powtarzalność i pełna akceptacja dla każdej odmiany wariactwa. Ponadto grupowa gotowość do przyjęcia czasami najbardziej bolesnej prawdy o nas, o sobie, o terapii. Spięte, lecz nie nadęte, nadmiernie wrażliwe umysły gotowe do walki ze swoimi słabościami, walczące najlepiej jak tylko potrafią. Wsparcie jakiego nie otrzymalibyśmy na zewnątrz, czasem nawet wśród najbliższych..

I w końcu odkrycie. Jedno. za drugim. Opadające łuski i radość wręcz z tych odkrywanych, bolesnych miejsc, bo wreszcie ich świadomie doświadczam, wiedząc, co to u licha jest! A jest, oj, jest „grubo”. Zaburzenie osobowości. Nie. To nie depresja. To był tylko objaw zaburzenia. Osłabiony zespół walki z przeciwnościami losu, wypłynął na powierzchnię i zadął w róg. Osobowość zależna (ja) kontra osobowość paranoiczna (matka). Czeka mnie ponoć kilkuletnia walka o lepsze jutro. I cieszę się. Naprawdę.

Ten szpital, choć początkowo, szczególnie w pierwszych dniach, wzbudzał we mnie przerażenie (było to wręcz dobitne, gdy wielki ochroniarz prowadził mnie labiryntem korytarzy do oddziału dziennego, w dłoni ściskając moją dokumentację medyczną – czułam się wówczas jak prawdziwy wariat), dziś nadaje miły, życiowy rytm, pomagając w układaniu siebie, naprawianiu, cerowaniu, zaszywaniu i leczeniu.. Nie pamiętam wręcz kiedy ostatnio tak bardzo nie mogłam się doczekać poniedziałków.

Dużo czytam. Minimalnie korzystam z internetu, napawając się wręcz tą niechęcią, której kiedyś nie potrafiłam umknąć – przecież ja byłam w potwornym stopniu uzależniona od internetu, a szczególnie od fejsbukowej krainy. Lecz ostatnie tygodnie mojej skromnej tam bytności za skutkowało jedynie tym, że nikt nie zauważył, nie odnotował tego faktu, nie zadał pytania, jak się czuję, jak sobie radzę. I doszłam do wniosku, że skoro tak – to czas spojrzeć prawdzie w oczy – to tutaj mam prawdziwe wsparcie, ramię o które mogę się realnie oprzeć, utulenie w najgorszych momentach, wspólnie wypalony papieros w ciszy szpitalnego parku..

Może więc lepiej czasem zwariować na całego, by zrozumieć, że to w nas tkwi najwięcej normalności?

Tymczasem wiosna wreszcie rozdęła usta i napoiła wszystkich winem, od którego mi szumi w głowie. W końcu widzę zieleń, w końcu czuję słońce i ciepły wiatr we włosach. W końcu oddycham i nie boję się tak koszmarnie żyć.

Muzyka, która pomogła mi w napisaniu tej notki:

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną, psycho

 

Jest źle

04 mar

Nie będę kryła – liczyłam, że to przemęczenie, które nakłada się z kłopotami finansowymi.. Potem liczyłam, że antydepresanty pomogą.. Minęły jednak 2 m-ce, a tu z przodu dupa i z tyłu dupa.

MUF nie wytrzymał. Wczoraj z grubej rury wywalił mi wszystkie swoje obserwacje i lęki ze mną związane. Trząsł się przy tym z emocji, a ja płakałam. A fakty są takie, że jestem: otępiała, niezorganizowana, nie mam ochoty wychodzić z domu, nawet przy pięknej, słonecznej pogodzie, jestem roztrzepana, coraz częściej zapominam, no i ten mój cholerny, słomiany zapał! Miałam plan: swój biznes, porozpowiadałam o tym wielu osobom, zaczęłam sobie pracować z grafiką, a nawet kaligrafią i co? Dupa. Umarło wszystko.. nie mam na siebie pomysłu.. chciałabym zarabiać kupę kasy, ale nie mam już sił na nic.. a najgorsze było to atakowanie, że mamy dwójkę małych dzieci i trzeba je nakarmić, ubrać i rachunki popłacić.

Szlag by to trafił! Ja naprawdę nie robię tego na złość sobie, czy innym! Widzę tę sieczkę, tę papkę zamiast mózgu. Jedyne, czym się mogę pochwalić, to fakt, że już 2 m-c ćwiczę jogę i nie odpuszczam sobie.. Boję się tego, co siedzi w głębi mnie samej.. ten potwór który od lat wysysa ze mnie siły żywotnie.. rany, jak ja chciałabym się go pozbyć! Jest niczym rak toczący moje ciało.. ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać. Bo narzekam. Bo jestem pesymistyczna. Bo mam depresję. Nikt nie chce takich znajomych.

MUF mnie nie potrafi zrozumieć, chociaż bardzo się stara.. on jednak inaczej jest skonstruowany.. mówi, że nie ma tej empatii, którą ja mam w sobie i dzięki której wychowuję dzieci, czy wyciągnęłam jego samego z depresji, którą przywiózł z Anglii.

I od słowa, do słowa, stanęło na tym, że czas iść się leczyć.
Do szpitala.
Psychiatrycznego.
Na 2-3 m-ce.

Chcę wreszcie wyrwać tego potwora……
Chcę wypalić na wieki wieków ten słomiany zapał, bym miała wreszcie plan na siebie, na swoje życie, pracę, by chciało mi się chcieć, by nie odpuszczać, przeć do przodu, a nie poddawać się po kilku chwilach……..

Coś ze mną jest nie tak.
Na pewno jednak – jest ŹLE.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii emocje, MUF, o mnie ze mną, rodzina

 

„Projekt: kaktus” – cz. 1

05 lis

-1-

Tamtego upalnego, letniego popołudnia stałam oparta o rozgrzaną ścianę na niewielkim balkonie mojego podmiejskiego, małego mieszkanka i paliłam kolejnego papierosa w wersji slim. I, jak to zwykle w takich momentach bywa, człowiek zatrzymany w takiej chwili nie myśli o tym, jak bardzo zmieni ona czyjeś życie, a już w szczególności jego własne. A miało się ono za minut kilkanaście obrócić o sto osiemdziesiąt stopni, a następnie wytrzepać z niego wszystko, co do tej pory uważałam za stabilne, ważne, istotne, budujące i wartościowe.

 

- Nieprawdopodobne, że mają je wycofać z obiegu. – Myślałam sfrustrowana o przyszłości swoich ulubionych typów papierosów, jednocześnie obserwując wydmuchiwany dym, sennie sunący przed siebie i znikający w niewielkiej, podleśnej krainie. – Ach, ta przeklęta Unia Europejska. W końcu Polska jest głównym producentem takich typów fajek, więc czego tu innego oczekiwać, że uklękną przed nami i nam pogratulują?

 

W tamtym jednak momencie moje rozmyślania o UE, papierosach, klątwie i zmowie bogatych narodów, przerwały coraz głośniejsze syreny, jak się sekund parę później okazało, wozu strażackiego, który, ku mojemu zdumieniu, przerażeniu i jednoczesnemu podekscytowaniu, podjechał pod mój blok mieszkalny.  Nerwowo rozejrzałam się wkoło. Nie widziałam żadnego dymu, ani ognia, ani nie dochodziły do moich uszu żadne krzyki rozpaczy.

 

- Może gniazdo szerszeni znowu spadło na ziemię? Albo gniazdo os? Albo ktoś wisi po drugiej stronie bloku i straszy innych, że się zabije? Chociaż przyznam szczerze, że to raczej kiepska próba samobójcza, bo blok ledwie 4 piętra liczy, i zdecydowanie łatwiej połamać kręgosłup niż się zabić. – Syknęłam szeptem pod nosem i naprędce zgasiłam papierosa, wrzucając go do małego słoiczka wypełnionego wodą.

 

Porażona atrakcyjną formułą tworzącą mi się właśnie pod samym domem, chwyciłam naprędce leżące w sypialni dyktafon, notes, długopis, paczkę fajek, zapalniczkę, kluczyki do auta i telefon komórkowy. I tak przygotowana na łowy pseudo-dziennikarskie, wybiegłam z domu. Zbiegałam po schodach w letnich klapkach, i w duchu zaśmiewałam się z dźwięków, jakie przy tym wydawałam. Prawdziwa dziennikarka miałaby na sobie buty z błyszczącej skóry na wysokich obcasach, piękny kostium, powalającą fryzurę i czerwono umalowane usta. Ja tymczasem miałam jedynie zwykły bawełniany top made in China, granatowe, wąsko opinające nogi i tyłek jeansy, upięte gumką skosmacone włosy i ledwo widoczny makijaż na twarzy. Jednak dzięki takiemu wydaniu czułam się nad wyraz swobodnie. Jak ja, czyli w 100% kobieta spełniona zawodowo. DZIENNIKARKA! Z wyraźnie dźwięczącym „R” pomiędzy.

 

Gdy otworzyłam szklane, ciężkie drzwi wejściowe, chłód klatki schodowej wycofał się naprędce chowając w panice za moimi plecami, podczas gdy w twarz uderzała z impetem fala gorącego, suchego powietrza z dworu. Ach, ten sierpień! Przewspaniały miesiąc kryjacy w sobie tak wiele znaczeń. Jeszcze trwających wakacji szkolne i akademickich, czasu urlopów wypoczynkowych, spadających nocą gwiazd, większych pustek na ulicach, a tym samym minimalnych korków w mieście, chłodniejszych wieczorów dającym wszystkim wytchnienie od żarów dnia. Sierpień to także czas wspaniałych burz z tęczowymi finałami i… nad wyraz olbrzymią ilością wypadków, dramatów i historii, które w końcu mogłam opisywać dla mojego szefa. A dzięki lawinowo rosnącej ilości materiałów mojego autorstwa, nabierało mocy moje własne nazwisko, i to już nie tylko na lokalnej stronie WWW, czy w papierowej wersji wydania gazety w kioskach RUCH-u. Stało się coś jeszcze – otóż moje sposoby docierania do świadków wraz ze sposobem opisywania tychże wydarzeń, sprawiły, iż zaczęła się mną mocno interesować pewna gazeta ogólnopolska i jej niezwykle przystojny redaktor naczelny. Sierpień był zatem miesiącem wyjątkowo sprzyjającym dla mojej nabierającej dzikiego rozpędu karierze.

 

Stałam przez chwilę w popołudniowym słońcu na chodniku, zbierając rozsypane myśli, idee, pomysły, pytania i próbując sklecić z nich jedną, sensowną historyjkę dla wybranego strażaka. A kręciło się ich wokół wozu strażackiego aż trzech. Obserwowałam zwinność ruchów i napięte, męskie twarze. Połyskujące w promieniach słońca czerwone kaski i ciężkie, czarne robocze ubrania, mające ich zapewne chronić przed ogniem i wysoką temperaturą – tu chyba jednak nie odgrywały swojego zadania właściwie. Czy marzyli o zimnym piwie w chłodnym pomieszczeniu u boku nagiej kobiety? A może pragnęli popływać sobie w basenie lub rzece, by schłodzić temperaturę wrzenia ich rozdygotanych od kolejnego pilnego wezwania ciał? A może po prostu chcieli się wyspać po zarwanej nocy? A może pragnęli poznać właśnie mnie? Ruszyłam w końcu w ich kierunku.

 

Gdy sunąc tak powoli, krok za krokiem, zrównałam się wreszcie z wozem strażackim i wybranym, po uważnych, acz ekspresowych obserwacjach, mężczyzną, posłałam mu swój uśmiech numer jeden, zarzuciłam wcześniej rozpuszczone włosy do tyłu i wyciągnęłam w szczerym geście dłoń na powitanie:

- Dzień dobry! – dwa proste słowa wypowiedziane pewnym siebie tonem z lekką nutką dekadencji – jak to zwykła mawiać moja babcia. Tak, brzmiałam wyjątkowo lekko i przyjemnie, nawet w moich, mocno oceniających, myślach, pełnych zwykle krytyki i niezadowolenia.

- Proszę się natychmiast stąd odsunąć! – warknął w odpowiedzi nieprzyjemnym, groźnym tonem i lewą ręką odtrącił moją nadal wyciągniętą dłoń. Jego spięte ciało utworzyło wersję agresywną, gotową do walki, ba, uderzenia w ramach samoobrony.  By nie utracić z pola widzenia jego, jako człowieka z krwi i kości, mającego setki pragnień, zmrużyłam na chwilę oczy i wyobraziłam go sobie w sytuacji kawiarnianego romansu. Gdzieś tam, w rzeczywistości równoległej, nad filiżanką kawy z mleczną pianką, z lekko zamroczoną od nadmiaru komplementów głową, i z dłońmi spotykającymi się pod stołem, dzięki wyciągniętym ku sobie szczupłym palcom. Wibracje w głosie, w uśmiechu, w dotyku, wzdłuż pleców i kręgosłupa.

- Wybacz… Chciałam się zwyczajnie przywitać… Nic więcej. – spuściłam wzrok speszona, a kiedy powoli go podniosłam, otulając seksualną mgiełką mężczyznę w strażackim, ciut za dużym stroju, byłam już niczym łania – spłoszona, niewinna i łagodna aż do szpiku kości.

- Ja… Eeee… Nie chciałem… Przepraszam… Ale nie teraz… Daj mi chwilę, ok?

Kiwnęłam głową w odpowiedzi, czując jednocześnie, że dziś wyjątkowo szybko złapałam swoją ofiarę w potrzasku siły mojej kobiecości, tryskającej jak zwykle skromnym erotyzmem. „Mój ci on, mój ci on. Już mi nie odfrunie.” Mruknęłam w zadowoleniu i oparłam się o ich wóz. „Tak, to będzie dobry dzień.” – pomyślałam i zapaliłam kolejnego papierosa.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Projekt: kaktus” – prolog

02 lis

- Chcę żebyś mi wszystko opowiedział. Ze szczegółami.

- Ale ja… Ale ja nie wiem nawet, od czego zacząć…

- Zacznij może od początku końca…

- Dziwnie się czuję…

Jego ciężkie westchnienie wypełnia mały pokój. Wszystko się nim staje. Westchnieniem tak ciężkim jak ołowiana zasłona dymna. Nawet ja z trudem oddycham.

- Mogę zapalić?

Kiwam głową.

- Dzięki…

Kolejne westchnienie i widoczne zbieranie od-środkowych sił do otwarcia ust.

- No, więc… Pamiętam… szczęk klucza wkładanego do zamka. Takiego z wyżłobionymi, małymi dziurkami wsuwającego się powoli i dopasowującego do wszystkich zapadni zamka. A zamek to iście mistrzowskie dzieło. Majstersztyk antywłamaniowy. Bo odkąd zamieszkałem na przedmieściach, lubiłem czuć się bezpiecznie. Lubiłem mieć także poczucie kontroli… A ten zamek mi je właśnie zapewniał. W tamtej jednak chwili poczułem instynktownie, że coś jest nie tak. Że zamek nie zadziała jak zwykle. A kiedy tak się stało…

- Poczekaj,  co się stało?

- Klucz ani drgnął. Szarpałem nim na wszystkie strony, a on zblokowany, bez zmian, stał w miejscu. Rozgrzany metal zaczął od tego całego pocierania, wkładania go i wyjmowania z powrotem, z tego mojego szarpania nim na boki, zaczął wydawać specyficzny, kwaśny zapach… – Zamknął na chwilę oczy, jakby ta scena była spauzowanym kadrem filmu, któremu teraz przyglądał się z bliska. Chwilę to trwało nim odzyskał chęć opowiadania dalej. – Bo widzisz… ten zamek ma jeszcze jedną cechę:  gdy zamkniesz go od środka, to z zewnątrz już nie otworzysz. Wynalazca miał pewnie na myśli sytuacje ze złodziejami. Lecz nie pomyślał o dzieciach zatrzaskujących w zabawie dom lub o żonach…

- Nie wyprzedzaj, proszę. Mów po kolei. Klucz w zamku zatrzymał się. I…?

- Instynktownie poczułem, że TO się jednak stało… W końcu zapowiadała to pomiędzy milionami nie do końca wypowiedzianych słów. Lecz ja jej nie wierzyłem… leki dobrze działały, wyciągnęły ją z tego koszmarnego stanu. Nawet w poprzedzający wieczór tuliła nasze dzieci, a ja patrzyłem na tę uśmiechniętą trójkę i myślałem, że wreszcie wracamy do normalności… Myślałem, wypierając instynktowny strach o nią, że odzyskuję rodzinę… Byłem spięty, gdy przez moją głowę przemknęła wówczas myśl: „pożegnanie?”. Wyparłem ją jednak równie szybko, jak i tysiące innych ostrzeżeń. Patrzyłem na te łóżkowe ich wygłupy i pragnąłem dołączyć. A teraz, jak debil skończony, stałem pod drzwiami i walczyłem bezskutecznie z durnym kluczem.

- Co potem?

- Gdy zrozumiałem, że to bez sensu, użyłem dzwonka do drzwi… pierwszy dzwonek… najbardziej znane na całym świecie „din-dong”… klasyczne dźwięki, które uruchomiły proces koszmarnego dudnienia w klatce piersiowej. Szumiało mi od uderzenia tej wielkiej dawki krwi w uszach. Jezu, jak ja pragnąłem usłyszeć jej przytłumiony z lekka i zmęczony chód… to znamienne szuranie kapciami… noga za nogą… to jej sapanie i niezadowolenie pod nosem, warcząco wyrażane słowami: „Czego znowu!? Kluczy nie masz?!”… Lecz po drugiej stronie tych pierdolonych, drewnianych drzwi wciąż była cisza! Cholerna, pierdolona cisza, kurwa mać!

- I…?

- Muszę zapalić jeszcze jednego… przepraszam… wiem, że jestem w pomieszczeniu… że to łamanie prawa…

- Przestań analizować. Pozwoliłam ci wtedy, pozwalam i teraz… Daj sobie chwilę… Ja poczekam.

Dym otulił jego twarz.

Odwróciłam głowę w drugą stronę. Nie chciałam widzieć jego emocji, jego łez, gniewu, goryczy i całej tej pieprzonej mikstury. Chciałam to tylko usłyszeć, zapisać, oddać do redakcji i mieć to z czaszki.

- Najpierw był jeden dzwonek… potem drugi… potem trzeci… dołączyły dłonie… waliłem z całej siły… a krzyk wydobywał się samoistnie z mojej przerażonej piersi: „Otwórz, Aśka! Otwórz do cholery!”… I wtedy dotarł do mnie płacz dzieci, które choć stały na korytarzu obok mnie od samego początku, w tamtej chwili, jakby wyrosły spod ziemi mocno szarpiąc mnie za spodnie… „Tatusiu, boję się!”… To mnie ocuciło. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem po teścia… Był akurat w pobliżu. Po 5 minutach stałem znowu sam na korytarzu z telefonem i kluczami w dłoni…

- A dzieci? Teść? Co im powiedziałeś?

- Nie pamiętam… czekaj… pamiętam… chyba bredziłem, że wszystko jest ok, tylko teraz muszę zadzwonić po ślusarza, by otworzyć drzwi… i nie chcę by dzieci czekały… że są głodne… One chyba coś przeczuwały, bo zamilkły… Boże, nigdy nie zapomnę tych ich wielkich, czarnych od rozszerzonych do granic bólu źrenic, tych przerażonych, niewinnych oczu… wyglądały jak maluteńkie zwierzątka złapane w pułapkę i czekające na wyrok śmierci w wykonaniu swojego oprawcy… czyli mnie… Stałem się ich katem, wiesz? W tamtej jednej, kontrolowanej jedynie przez Strach chwili, utraciłem ich oboje… przestałem być ich Laguną Bezpieczeństwa, a zrównałem się z nią… Ojciec – kat, to dość powszechne zjawisko, nie uważasz?

- Nie wiem. Mów. Co było dalej? Dzieci pojechały z teściem, a ty?

- Masz wódkę?

- Mam.

- To polej. Bo nie dam rady tak dłużej, bez znieczulenia…

- Szklanka, czy kieliszek?

- Butelkę proszę…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Głęboki rów

05 paź

Co ja sobie w ogóle myślałam? Że to mnie nie spotka? Że to mnie nie dotknie? Ominie szerokim łukiem? Jak ja w ogóle mogłam przegapić objawy? Cały czas nurzam się w tej tematyce, odkąd ściągałam MUFa do domu, odkąd postanowiła odejść nasza sąsiadka, zostawiając dzieci i męża, odkąd postanowiłam napisać o tym opowieść..

Głupia, głupia, głupia ja..

Trzy testy.. i jedna i ta sama odpowiedź.. w tym jedna – ze skali Becka – uznawanego przez psychiastrów testu.. „Twój wynik: 36 punktów. Opis: Jesteś w depresji. Twój stan wymaga spotkania się z psychiatrą. Konieczne jest rozpoczęcie farmakoterapii. Twój stan jest dla Ciebie istotnym zagrożeniem.”

Odpowiadając na te kilkanaście pytań dotarło do mnie, jak głęboki rów wykopało mi Życie.. stres fizyczny.. stres z całej tej naszej popapranej sytuacji życiowej.. stres w pracy.. utrata wagi.. chryste, ja nawet zapominam o tym, by coś jeść! I moje ciało – które chce tylko spać.. leżeć i nic nie robić.. ta koszmarna niemoc, zmuszanie się, by zrobić cokolwiek.. niechęć do spotkań.. niechęć do spacerów.. do wyjść wszelakich.. niechęć do pisania.. niechęć do zrobienia czegokolwiek.. jedynie spać.. przespać wszystko..

Mieszkanie zasyfione.. obiad powinien być zrobiony.. naprawdę muszę ja? Robi więc coraz częściej MUF.. Dzieci wołają mnie na spacer.. nie chce mi się.. naprawdę mi się nie chce.. tak bardzo pragnę się otulić kocem i zdrzemnąć z nimi przytulonymi.. ale to niemożliwe.. ich żywiołowość to moje przeciwieństwo.. tak bardzo mi ich szkoda.. przecież tu nie o spacer chodzi, a o mnie, o moją obecność.. zmuszam się więc i idę z nimi.. ba, nawet angażuję się.. i.. śmieję się..

Naprawdę.

Tak..
Potrafię się śmiać..
Nie siedzę 24h/dobę i nie ryczę w poduszkę..
Jeszcze nie..

Za to żyję..
Z moim czarnym psem..
W głębokim rowie, który wykopało mi Życie..

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną

 
 

  • RSS