Jakieś półtora m-ca, może dwa temu zmarł mojej znajomej teść. Nagle i niespodziewanie w swoim domu. Przysłała smsa informującego formalnie o sytuacji, dodając od razu wiadomość o pogrzebie.
Mijały dni. Wykonałam kilka telefonów by sprawdzić jak się czuje, jak sobie radzą – ona, mąż i 3-letni synek. I gdzieś tam, oddalając się coraz mocniej od tamtych dni, w końcu zdecydowałam się odpowiedzieć jej na pytanie, co u mnie. Nie chciałam bowiem wcześniej zarzucać ją swoimi problemami, skoro sami zmagali się z niemałym i cięższym gatunkowo. Leczy gdy opowiedziałam o tym jak mi ciężko (pogrążające nas problemy finansowe, moja ciąża coraz cięższa, opieka nad lekko zbuntowanym prawie 2-latkiem i opieka nad niepełnosprawnym MUFem – za chwilę wyjaśnię w czym rzecz – a właściwie nad całym domem w całej swojej najcięższej wersji gatunkowej, łącznie z dźwiganiem zakupów czy śmieci) – usłyszałam w odzewie, że: "E, tam, to żadne problemy, uwierz mi, przy tym czego my doświadczyliśmy". Z grzeczności przyznałam jej rację, choć poczułam się jakby mnie w twarz uderzyła. Wcale nie uważam, by należało poprzez tylko swoją miarę dzielić problemy na lekkie i ciężkie. Dla każdego co innego jest lekkie, a co innego już ciężkie.
Może nie zawsze tak miałam, ale Życie z czasem nauczyło mnie, iż każdy człowiek ma swój własny, unikalny, a nade wszystko RÓŻNY poziom doświadczeń, emocji, wrażliwości, charakteru, odporności, umiejętności radzenia sobie ze wszystkim, gąszcza problemów, itp. Więc nigdy przenigdy nie powinno się komukolwiek mówić, że się GO ROZUMIE, albo.. no, właśnie: że JA MAM GORZEJ. Nikogo nie rozumiemy. Nawet najukochańszą osobę. Dziecko. Męża. Mamę. Tatę. Babcię. Dziadka. I tak dalej. Owszem, znamy ich, ale nie do tego stopnia, by wiedzieć co dokładnie przeżywa. Na ile jego ból jest bólem, który my byśmy znieśli. I jaki sens ma ocenianie czyjegoś bólu poprzez pryzmat własnego? Dlatego możemy co najwyżej PRÓBOWAĆ SOBIE WYOBRAZIĆ co ktoś czuje, przeżywa.. bo nawet będąc w tej samej kiedyś sytuacji, okoliczności – mając jednak swój bagaż (ja, świadomość, odporność, charakter, emocjonalność, itp.) – mogliśmy przeżyć to zupełnie INACZEJ.
Wracając do mojej znajomej i MUFa. MUF wracając któregoś dnia z pracy rowerem (oszczędności) miał wypadek. Inny rowerzysta wjechał w niego, a but nie wypiął mu się ze specjalnego pedała. Skręcił staw skokowy i uszkodził kilka więzadeł. Noga w gipsie. Dziś jedziemy do szpitala go ściągać, a przed nami pewnie długa rehabilitacja..
Tymczasem przedwczoraj znowu zadzwoniłam do mojej znajomej. Niepomna tamtego telefonu (bo ja z natury szybko zapominam, no, chyba że ktoś zajdzie mi ostro za skórę). Chciałam opowiedzieć jej o totalnym chaosie jaki wprowadzili w nasze życie rodzice – z dobrego serca, lecz.. o tym za chwilę. Mówię jej więc, że pomimo wykonania zadania, które planowaliśmy (bez terminu, ale w dalszej ciut przyszłości), mamy teraz niezły "bigos" – bo doszło nam z nagła mnóstwo wydatków, które musimy (nie ma zlituj) wygenerować, albo.. będziemy żyć jak na budowie. Jeszcze nie zdążyłam opowiedzieć wszystkiego i usłyszałam, że.. jestem niewdzięczna, że powinnam się cieszyć bo jej znajomej 3 dni temu spaliło się mieszkanie, i po co właściwie ja do niej dzwonię, czego oczekuję. Jechałam wówczas samochodem po Małego (wiem, wiem, nie powinnam wtedy gadać przez tel.), więc wbiło mnie w fotel.
Co takiego uczynili nam moi rodzice? Dokładając do już posiadanego wobec nich długu, postanowili załatwić pomoc swojego sąsiada (firma remontowo-budowlana) by postawił nam ściankę działową oddzielając wreszcie kuchnię od salonu, byśmy mogli mieć swój pokój, a dzieciaki swój. Wszystko fajnie, naprawdę, tylko teraz tak: ze ściany się sypie (trzeba pomalować, przynajmniej tzw. gruntową), w domu pył, kurz, syf, kiła i mogiła. Wyrwane ze ściany meble kuchenne już nimi nie są i stoją w większej części na balkonie (który wygląda jak zalążek piwnicy – a sama piwnica i tak już przepełniona na maxa). Zniknął stół i krzesła (nie ma dla nich miejsca). Drzwi przesuwne już są obdrapane, bo kupione najtaniej. Trzeba kupić listwy przypodłogowe, wyszlifować kilka miejsc, pomalować, jak już wspominałam, ale pomalować 70% mieszkania, bo niestety wszędzie są ślady zagipsowanych dziur, itp. Wygląda więc mieszkanie jak pobojowisko. Coraz mniej miejsca. Szafa typu komandor wygląda już jak swoje prześmiewcze odbicie – pełno tam kartonów, reklamówek, misek, ba, nawet rowerek biegowy Małego. I czuję się w tym chaosie jak Cygan. I cholernie mi z tym źle. Bo nienawidzę chaosu. A żeby z niego wyjść – musiałabym mieć teraz tak na oko 20.000 zł, by kupić trochę mebli, stare – obecnie niefunkcjonalne wywalić lub sprzedać, pomalować. Jednym słowem – nie jestem już chętna by kogokolwiek do siebie teraz zapraszać..
Tymczasem rozmowa ze znajomą przypominała gęstą, bulgoczącą zupę. I mówiła to wszystko tak lekko dziewczyna, która, zanim wyprowadziła się z mieszkania do własnego domu pod lasem, przychodziła do mnie co kilka dni na kawę dzieląc się problemami małżeńskimi, czy problemami z dzieckiem, a ja ją wysłuchiwałam, radziłam gdy czułam się na siłach lub próbowałam pomagać, jeśli uznawałam to za rozsądne. Wygarnęłam jej więc, jak się poczułam. Że dokonała po raz kolejny sabotażu na moje problemy, rozsadzając je swoimi osądami i porównaniami, sprowadzając je do pozoimu zero, bo przecież zawsze są tacy, którzy mają gorzej. Znajoma próbowała to wymijać, zakańczać dla własnej wygody. Stanęło na tym, że sztucznie wymuszona zaczęła przepraszać, co mnie jeszcze mocniej zirytowało.
Więc.. łącząc te dwa tematy: stanu mieszkania i tamtej rozmowy – śmiem twierdzić, żem wkurwiona tym faktem. A za dwa miesiące rodzę..
A propos – blizna okazała się być większa! I lekarze ze szpitala klinicznego nie widzą przeciwskazań do rodzenia siłami natury. Uff!
A tak w ogóle to muszę pędzić na badania.
MUF i Fąfel nadal śpią.
Za oknem szron i przymrozek. Zima tuż, tuż..