RSS
 

Obrażona na śmierć (8)

21 lis

8

 Wiele, naprawdę wiele długich lat szarpałam się z tamtymi doświadczeniami. Od początkowo przymusowej i koniecznej dla własnego dobra akceptacji, poprzez nienawistne odrzucenie i wszelką negację. Poprzez próby odnalezienia podobnych cząsteczek w napotykanych po drodze ludziach, po nieme wykrzykiwanie żalu i zrzucanie całej życiowej winy, niczym bomby wodorowej, na rodzicielskie, niedojrzałe przepychanki. Lecz dziś wiem jedno – nie chcę być sędzią absolutnym w tej sprawie. Nie znam wszystkich tajemnic, jakie wymłócili między sobą moi rodzice. Moja własna pamięć chyba już na trwałe usunęła ze wspomnień większość ciągów zdaniowych i znaczeniowych, pozostawiając jedynie drobinki pyłu i kurzu pomiędzy pojedynczymi słowami.

Lecz mimo dziur większych niż we szwajcarskim serze – brzmią we mnie nadal rzeczy i sytuacje, których wymazać nie potrafię. Które są moje i mną będą zawsze. Nie rodzicami. Nie wyborami, jakich dokonali lub jakich nie poczynili. Nie tajemnicami. Nie listami. Nie ich pięściami. Nie zgrzytaniem zębów. Bo oto ja. Ja jestem. JA! A jestem dzisiaj niczym stary, wiekowy i mocno powycierany film na wielkiej taśmie, z pociętymi nożyczkami seriami, naprędce posklejanymi taśmą malarską, byle jak i byle gdzie. Tam emocja, tu kilka słów wykrzyczanych zbyt głośno; tam gniew, tu strach; tam lojalność i tu lojalność; śledź i donoś; zatajaj i kłam. Kochaj mnie. Mnie kochaj bardziej. Nie mów „dzień dobry”. Kłaniaj się ładnie. Udawaj, że nie widzisz. Uśmiechaj się ładnie. Zatrzaskuj drzwi przed nosem. Wchodź po schodach. Nie jeźdź windą. Przytrzymuj drzwi grzecznie. Nie bój się porozmawiać chwilę. Bądź grzeczna. Bądź mściwa.

Kołowrotek oczekiwań. Jakby nie wystarczyło, że i tak jestem niedoskonała od urodzenia. Nie taka, jak potrzeba. Nie blondynka. Nie Bogumiła. Nie porażająco inteligentna. Nie. To nie wystarczyło. Teraz musiałam stanąć na wysokości zadania i biegać pomiędzy dwoma wrogimi obozami. Przemierzając każdego dnia i każdego wieczoru szerokie i niebezpieczne pole minowe. A wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, jedno niewłaściwe dobrane słowo, by posypał się na moją głowę grad wściekłości, żalu, furii, negacji, odrzucenia. Uczyłam się więc każdego dnia balansować na cienkiej granicy pomiędzy względną i cichą akceptacją a jawnym, krzykliwym niezadowoleniem. Nauczyłam się badać swoim lakmusowym papierkiem Serca każdą ich złożoną emocję, jaką tylko wyciskały wszystkie pory w ich ciałach. Nigdy wprost. Zawsze zaszyte. Schowane. Zamiecione. Zakamuflowane. I zaszyfrowane przekazy. I to ja miałam poznać ten kod. Ja miałam złamać tajemnicę Enigmy. Bez podpowiedzi. Bez książek. Poradników. Wskazówek. Bez nauczycieli. Bez instrukcji.

Stałam się więc kujonem na wielkiej wojnie emocjonalnego przetrwania. Na wojnie, której celem było utrzymanie tego małżeństwa. Utrzymanie rodziny. Posklejanie wszystkich roztrzaskanych cząstek, tak by śladu nie było. Jakby tego było mało – sama sobie dołożyłam obowiązku trzymania młodszego brata z dala od tych rozlicznych i bolesnych przepychanek. On miał trwać w błogiej nieświadomości. On miał żyć normalnością, a nie podszytym pod skórą lękiem o każde jutro i każde dzisiaj. Brat miał rosnąć i cieszyć się życiem. Widzieć świat tylko w jasnych i pozytywnych barwach. Dlatego stałam się dla niego drugą, młodszą matką. Opiekunką ze skrzydłami. Zawsze blisko. Zawsze obok. Zawsze chętna do tulenia, do zabawy, do uczenia nowych słów, tłumaczenia świata wkoło nas.

Mój własny świat był tylko mglistą przestrzenią. Pełną bagien. Min. Broni największego rażenia. I wielu pułapek w pozornie bezpiecznych miejscach. A przecież, oprócz tego, był też drewnianym biurkiem. Wiecznym piórem. Kałamarzem z niebieskim atramentem. Zeszytami w linię i kratkę. Ołówkiem. Kredką. Gumką. Linijką. Ekierką. Czerwonym marginesem. Domowym zadaniem. Zapowiedzianą klasówką. Dyktandem. Lekturą do przeczytania na wczoraj. Jak więc mogłam być perfekcyjna tu i tam jednocześnie? A przecież musiałam. Bo tego ode mnie oczekiwano. Nikt forów mi nie dawał. Nikt nie interesował się tym, czy mam siły, chęci, moc sprawczą, czy motywację.

Lawirowałam więc pomiędzy potrzebami innych, a ich oczekiwaniami związanymi ze mną. Pomiędzy wybuchowymi humorami, a nostalgicznymi nastrojami. Pomiędzy klasówką z matmy (której nie znosiłam), a zadaniem z polskiego (którego z kolei uwielbiałam). Siliłam się na grzeczne zachowanie w szkole, by nie otrzymać żadnej uwagi do dziennika, a zachować sympatię każdego nauczyciela do mojej osoby. Walczyłam o każdą dobrą ocenę, by na zebraniu moi rodzice nie musieli się mnie wstydzić, a w domu nie unosili głosu z dodatkowego powodu. Zaczęłam się tym samym coraz bardziej bać tego, co się stanie, gdy w końcu nie podołam, gdy któregoś dnia przegram tę walkę i nie zadowolę którejś ze stron. Co jeśli utracę sympatię? A co jeśli utracę miłość?

I to właśnie ten Lęk stał się niezmienną wykładnią mojego istnienia, moją codziennością, moim każdym oddechem, westchnieniem, ciała poruszeniem. Początkowe, dziecinne moje istnienie oparte o uważne wyczuwanie emocji najbliższych i walkę o ich miłość oraz uwagę, zostało w tamtym czasie wzmocnione i zwielokrotnione o spełnianie cudzych oczekiwań. Z czasem ich wyobrażenia, zaczęły stawać się moimi. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wiele razy przyszło mi już w dorosłym życiu usłyszeć, że jestem jak chorągiew na wietrze – zmieniam zdanie w zależności od tego, co uważa osoba najbliżej mnie lub najsilniej odznaczająca się swoim Ja tuż obok mojego.

Mój świat stał się więc podwójny. Dualistyczny. Na swój sposób wręcz schizofreniczny. Wielowarstwowy niczym skorupa ziemska. Poukładany i grzeczny w każdym kontakcie na zewnątrz. Idealny. Usztywniony do granic możliwości. Momentami aż nienaturalny – niczym manekin na sklepowej wystawie. Ale przecież o to chodziło. Patrzcie na nią – ach i och! Jakiż łatwy do zarządzania przedmiot. Pstryk – i robię wszystko, czego tylko chcecie. Pstryk – ukłon. Pstryk – uśmiech. Pstryk – słodka małpka. Pstryk – w sukieneczce na ławeczce z rączkami na kolanach. Ale w odwiecznej głębi mnie samej, za wieloma zakrętami Duszy, za setkami mórz wylanych do poduszki łez, w miejscach ukrywanych lata świetlne przed całym światem – mieściła się cała moja zbrojna kakofonia. Mieszanina przyprawiająca o zawrót głowy i mdłości. Nienaturalna. Niepoukładana. Bo i romantyzm. I szaleństwo. Luz życiowy. Krzyk i wrzask. Płynięcie pod prąd. Odrzucanie wszelkich norm. Niechęć. Nienawiść. Brak ograniczeń. Łamanie zasad. A przy tym wszystkim wydziergane nostalgicznie oczekiwanie do bycia noszonym na rękach. Obsypywania prezentami. Pragnienie do życia w luksusie, bez szansy na strach o Jutro.

Minie wiele lat nim ta twarda skorupa w końcu drgnie i lawa moich ukrywanych pragnień wypłynie na powierzchnię, po raz pierwszy napotykając światło dzienne. Wtedy jednak będzie już za późno na łagodne lądowanie. A rodzinna tkanina więzi zacznie się na dobre pruć.

 

Obrażona na śmierć (7)

12 lis

7

 I przyszedł w końcu taki dzień, jak dziś. Kiedy to pamięć dokonuje z dziką lubością przewrotu na drugą, ciemną stronę mojego Ja. Znikąd wręcz nadszedł niespodziewany cios w samą twarz. Ot, takie nic. Zwyczajne życie. Tu-i-Teraz dogonione przez Przeszłość. Sama się o siebie upomniała, wysyłając na mojego maila powiadomienie o nowym utworze śledzonego przeze mnie studia muzycznego umieszczonego na portalu YouTube. Kliknięcie – raz. Głośniki – dwa. I krótki pstryczek włączył całą kaskadę filmowych kadrów.

Wspomnienie miejsca i przestrzeni stają się jednej chwili bardzo wyraźne. Oto ciemna, wielka hala widowiskowa w katowickim Spodku. Wypełniona po same brzegi kolorowymi ludźmi. Nie rozróżniam twarzy. Są jak kolorowanka z malutkimi kropeczkami w wielkim morzu ciał. Rok bodaj ’89. A ja mam jedenaście lat. Tamtego wieczoru siedzę niczym trusia obok ojca. Zamiast matki. Nie powinno mnie tam być. Ale jednak – byłam. Struchlała i przejęta. Bo musical. Bo wydarzenie roku. Bo znaczące religijnie, a tym samym wzniosłe aż do bólu. Jesus Christ Superstar. Po polsku. Z drewnianym krzyżem na środku wielkiej sceny. Czy ja aby na pewno powinnam była tam być? Czy jestem aż nadto dojrzała, by zrozumieć złożoność tej znanej skądinąd historii biblijnej? Lecz pomijając sens mojej dojrzałości wtedy. Większym i bardziej dojmującym pytaniem było to: dlaczego ja? Dlaczego nie mama? Dlaczego między mamą i tatą jest teraz tak cholernie źle? Czy to ostatni mój raz spędzony z tatą? Czy to jest nasze pożegnanie?

Miliardy pytań kotłowało się tamtego wieczoru w mojej nastoletniej już głowie. Na scenie Judasz wykrzykiwał swoje wielkie rozczarowanie i obawy Jezusowi, dzieląc się swoim lękiem i rozpaczliwym krzykiem błagając go o powrót do tego, co było kiedyś. A ja patrzyłam na scenę, lecz dźwięki, aktorzy, muzyka, które znałam z wcześniej wysłuchanej w oryginale po miliard razy płyty – niknęły w puszce przerażonego umysłu. Panika jaka mnie obejmowała miała lodowate ramiona. Pragnęłam uciec. Wziąć tatę za rękę i wrócić do naszego mieszkania. Usiąść w dużym pokoju z wielkim, drewnianym zegarem i przy filiżance gorącej herbaty zobaczyć znowu jak razem się śmieją. Jak grają w karty. Rozmawiają. Spierają. Droczą ze sobą. Kochają.

Gdy wychodziłam kilka godzin wcześniej z tatą ramię w ramię – mieszkanie zajmował lód nienawistnego spojrzenia matki. Oszraniał ściany. Oziębiał sufit. Zamrażał podłogę. Cisza panująca między rodzicami stawała się od kilku tygodni coraz bardziej i coraz mocniej, do bólu nieznośna. A niewyjaśnione mi skądinąd milczenie, przeplatane było co rusz wrogimi i wściekłymi komentarzami dnia codziennego – rozkazami, ustaleniami co trzeba zrobić, kupić, wykonać. Byłam w samym środku cyklonu – w jego oku – maleńkiej wyspie – w zdumiewającym pokoju ciszy, w szyby którego waliła najgorsza wersja życiowego chaosu. Byliśmy tam razem, ja i mój młodszy, trzyletni brat. Małe dziecko mające w głowie jedynie zabawę autkami oraz ja, nastolatka, która w jednej chwili musiała dorosnąć. I sama sobie wyjaśnić skomplikowany świat dorosłych rodziców.

Nikt do mnie nigdy nie przyszedł. Nie usiadł. Nie opowiedział. Nie poradził. Nie utulił. Nie przeprosił. Nie ukoił. Nie zapewnił, że ja nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Że ich uczucia to tylko kwestia przyciężkiej chwili. Że któregoś dnia przeminie. Lecz miłości do mnie za żadne skarby nie zmieni. Nie było żadnej rozmowy. Był za to unik smutno uśmiechniętego ojca. Oraz żółty i wstrętny jad matki wylewany co rusz pod moje nogi. Słowny jad. Obrzydliwy i cuchnący. Lecz musiałam po nim stąpać. Nie wolno mi było pytać. Nie wolno mi było komentować. Tłumaczyć. Opowiadać o sobie. Nie istniałam tam ja. Nie istniał mój brat. Liczyli się tylko oni. Dwójka dorosłych rodziców na największym życiowym zakręcie.

Musical trwał długo. Stanowczo zbyt długo. Za oknami był późny wieczór. I chłód zaawansowanej jesieni. Nie pamiętam zbyt wiele. Jedynie własne pragnienie, by wrócić do domu, w którym ktoś na moich oczach machnie w powietrzu magiczną różdżką i przywróci normalność i bezpieczeństwo. I ciepło ogrzeje mury. I stopi lód. I otuli kocem. Zmyje jad z podłóg. Pokrzepi serca. Wleje nadzieję. Umocni wiarę.

I wtedy właśnie umiera Jezus. Na scenie. Na krzyżu. Z koroną z cierni na głowie. Rozlega się znowu ten słynny, musicalowy motyw muzyczny. A ja czuję na swojej ręce mocno ściskaną przez ojca dłoń. Oraz jedną jego łzę, która swoją podróż zakończyła na mojej chłodnej od strachu skórze. Spojrzałam w oczy ojca. Szklące się. Błękitne. Szczere. I miłujące. Jakby przepraszające za wszystkie paskudne chwile, które dopiero przed nami. Lecz zanim zdążyłam podążyć za jego źrenic drogowskazem – ta chwila przeminęła. Musical dobiegł końca. Kurtyna opadła. A światła z pełną mocą oślepiły widzów. I tę parę oczu utkwionych w moim ojcu kilka rzędów dalej. Znanych mi oczu. Sąsiedzkich oczu. Kobiecych oczu. Tych samych, które kilka tygodni wcześniej wstrząśnięte i zaskoczone obserwowały moją matkę i mnie na zmianę.

- Mam dla was bilety! Na musical „Jesus Christ Superstar”!

Lecz zamiast wybuchu radości – nastąpiła reakcja gniewna i nienawistna, a wiązanka uruchomiona z ust mojej matki, zaskoczyła nas obie. Mnie i tamtą kobietę.

- Wynoś się dziwko z mojego domu! Nie chcę cię więcej u siebie widzieć!!!

Trzaśnięte drzwi z trudem przetrwały na metalowych zawiasach. Stałam oniemiała. Nie wierząc w to, co się właśnie wydarzyło.

- Ależ, mamusiu, przecież to ciocia!

Moja mama musiała się przecież pomylić. Musiała coś przegapić. Może jest chora? Coś źle zrozumiała? To niemożliwe. To jakiś absurd. Anomalia pogodowa. Nic więcej. Błąd systemu. Chwilowa awaria. Restart pomoże. Dlatego pozwalam by moje słowa nabrały mocy. Wykrzyknikiem je kończę. I czekam z nadzieją, że zmieni zdanie. Że drzwi otworzy i zaczną się śmiać obie. A ja odetchnę z ulgą i wrócę do swojego pokoju. Do nieodrobionych lekcji. I mojego niedojrzałego jeszcze życia. Lecz system nie daje się udobruchać.

- To nigdy nie była twoja ciocia! Nigdy więcej tak o niej nie mów! Zabraniam ci spotykania się z nią. Rozmawiania. Nie masz prawa mówić jej dzień dobry ani do widzenia! Od dziś ma być twoim wrogiem! Tak jak stała się moim!

Tamten musical był pierwszą zdradą córki wobec własnej matki.

Pierwszą randką po piekle.

O ironio, z Jezusem pod ramię.

 

Obrażona na śmierć (6)

08 lis

6

Zanim dorosłam i zanim zaczęłam to wszystko szufladkować, nadawać nazwy, układać, kategoryzować, dodawać silnię, wykrzyknik lub pierwiastek mocy – kręciłam się wokół własnego ogona, w upiornym przekonaniu, że nikt mnie nigdy nie pokocha. Bo przecież gdy tylko lekko muskało mnie szczęście, to już po chwili lądowałam w jakiejś czarnej, gęstej niczym smoła mazi samotności. Nie rozumiałam tego. Cierpiałam. Smuciłam się. Wzrok zawsze miałam utkwiony w jakimkolwiek widoku za oknem. Ulatywał w miejsca, gdzie nie ma cierpienia duszy. Gdzie wszystko zawsze ma swój happy ending story. Jak w bajce.

Jako dziecko nad wyraz rzadko się śmiałam. Rzadko cieszyłam życiem. Smętna do bólu. Zamyślona. W głąb siebie wpatrzona. Analizująca na miliony sposobów, co uczyniłam znowu nie tak, że mnie odrzucono. Bo rzecz była aż nazbyt oczywista – wina leżała zawsze po mojej stronie. I tak oto sobie żyłam. Smutna, biedna Alicja. Czując każdego dnia coraz mocniej, że moje życie może na wieki wieków takie właśnie być – zamknięte w zimnych murach Odrzucenia, w wysokiej wieży Samotności, bez drzwi i schodów. Bez sznura, czy drabiny. Nawet bez długiego warkocza Nadziei. Stałam się więc gdzieś tam po drodze zwykłym odludkiem. Dziwolągiem, z którego zawsze można się pośmiać. Bo jak ktoś cierpi z niespełnionej miłości, bo jak za wszelką cenę pragnie chce mieć chłopaka – to przecież śmiech na sali! Bo czyż nie lepiej bawić się życiem, zamiast tak chorobliwie pragnąć cudzego uczucia?

Nie rozumiałam więc i tego mojego Smutku. Zawsze pisanego wielką literą. Z resztą, na dobrą sprawę to każda moja emocja była wypalana na skórze ogniem drukowanych liter. Przyjaźń (dla przykładu) – to tylko taka na śmierć i życie, z totalnym, bezbrzeżnym zaufaniem. Zaufaniem, jakiego nie wolno było nigdy, przenigdy zbrukać kłamstwem lub zdradą. Ograniczałam do minimum podejmowane ryzyko – przyjaciółka – tylko jedna. Kolegów – najlepiej w ogóle, albo tylko do roli machnięcia ręką na powitanie, czy pożyczenia zeszytu po chorobie w celu nadrobienia braków. Potem zostawali już tylko mama i tata. I świat stawał się dzięki temu o wiele prostszy. Bardziej przewidywalny. Ot, mniej komplikacji. Mniej ślepych uliczek. Mniej zawirowań. Mniej cierpień. Mniej łez.

Przez długi czas pod pojęciem „koleżanka” – kryła się dla mnie postać dziewczęca, a później kobieca, którą widywałam może i niemal codziennie, z którą może i wymieniałam zdania, opinie – ale robiłam to tylko dlatego, że los nas do tego zmusił. Zamieszkiwałyśmy jedną, małą planetę, jaką była wspólna klasa, szkoła, studia, czy praca. Minimalna sfera wspólnych spraw – to minimalna sfera zagrożeń, od których roiły się zawsze ludzie interakcje. A ja pragnęłam jedynie akceptacji. Poziomu zwykłego lubienia. Uśmiechu. Niewymuszonego i miękkiego „hej!”, bez twardego brzmienia „cześć”. Wspólnego działania, wzajemnej pomocy – jeśli nastąpi takowa potrzeba. I tyle. Aż tyle. I tylko tyle. Finito.

Lecz przyjaciółka – to istota nad wyraz pełna odpowiedzialnych funkcji, jakie posiadać musiała. Wysoko postawiona poprzeczka rozpoczynająca się na poziomie olbrzymiego zaufania w niej pokładanego, a kończąca na niemal pełnej dyspozycyjności względem wspólnie spędzanego czasu. Wiadomo – kiedy pojawiały się oczywiste przeszkody, takie jak nieodrobione lekcje, rodzicielskie kary (tzw. szlabany), czy choroby – nie było mowy o wspólnym szybowaniu w przestworzach naszej wyobraźni. Odrobina czasu spędzonego na rodzinnym gruncie, też musiała być odbębniona. Ale potem liczył się tylko ten wspólny czas. Zabawy w dorosłość. Sekrety jakimi tętniły nasze dziecięce serca. Słowa mistrzowsko splatane wraz z dłońmi i wyrytymi na nich najpiękniejszymi marzeniami.  Nogi wyrzucane zawsze w tym samym rytmie. Śmiech. Łzy. Wymiana doświadczeń. Rady w duchu empatii i pełni wyrozumiałości dawane drugiej. Wspólne wyprawy na drugi koniec świata w poszukiwaniu skarbów ukrytych, gdzieś za rogiem bloku. Tajemnice. Wyobrażenia spisywane na kartkach podartych zeszytów. Ta wspólnota była jak druga para skrzydeł, bez których mogłyśmy co najwyżej szurać po ziemi w zbyt miękkich, znoszonych już kapciach.

Moja wewnętrzna konstrukcja duszy była nader zaskakującą wersją lojalności . Kiedy dziś na nią patrzę, to widzę cholernie skomplikowany system obronny, tworzony w tak licznych detalach, że sam mistrz Michelangelo nie znalazłby ani rozwiązania, ani początku, ani też końca równania. Stabilność tego tworu miała dać mi wiekuistą pewność, że nikt, ani nic, mnie już więcej nie skrzywdzi. Nie zrani. Nie zedrze brutalnie uczucia szczęścia i przynależności do kogoś, kto kocha, szanuje, lubi prawdziwie. Lojalna więc byłam do bólu. Skryta i milcząca na temat prawdy, którą codziennie zamiatałam pod dywan, nie chcąc widzieć żadnego pyłku, żadnego skołtunionego kurzu, żadnych nitek, ani szkła roztrzaskanych nadziei. Za to zawsze i wszędzie będąca, wiernie przesiadująca pod drzwiami serca. Czekająca i ufna. Bez względu na ból, który i tak się któregoś dnia musiał pojawić.

Ból dawał mi tylko parcie na więcej. Na pogłębianie doliny Pragnień. Na kolejne zakręty, uniki, ucieczki, czy na wzmożone prace nad komplikowaniem istniejącego już wzoru. Na umacnianiu miejsc wszelkiej korekty. Dzięki temu moja lojalność zyskiwała swoją nową wersję, ja zaś stawałam ponownie do boju. O kogoś na własność.

 

Obrażona na śmierć (5)

29 paź

5

 Te ciągłe pytania. Zalewające umysł niczym wartki strumień wody ze źródła mojego niepewnego Ja. Czy istnieje coś takiego jak pech? Albo zły urok? Przekleństwo życiowe? Wada systemowa, która z upartością osła, będzie wpływać na nieudane związki miłosne? Rzecz jasna, rozum odrzuca z automatu takie teorie. Bo życie nie jest aż tak rewolucyjnie proste i bajkowo przewidywalne. Moje własne wyobrażenia na temat klątwy dają dość proste, z teoretycznego punktu widzenia, równanie. Zawsze gdzieś może się ona rozpocząć, i w tym samym miejscu zakończyć – wystarczy użyć  tych samych formuł, składników, esencji, zaklęć, być może w odwrotnej kolejności, lub nieco modyfikując ich jakość, czy ilość. Ale zwykle jest to stan, teoretycznie, odwracalny. Tymczasem życie ludzkie, bez tej otoczki bajkowej magii – to przecież wybuchowy koktajl szalonych form: osobowości (z którą przychodzimy na ten świat), charakteru (jaki tworzymy i modyfikujemy w ciągu całego życia), doświadczeń (jakie zyskujemy po drodze) oraz genetyki.

Ten ostatni składnik jest, w moim osobistym odczuciu, najbardziej przerażający. Cała ta nieprzewidywalność z jaką geny układają się ze sobą i tańczą podczas procesu skrajnie nieodwracalnego i absolutnie niezależnego od naszej woli, czy chęci, napawa swoistym strachem. Bo ja, jako człowiek, pragnę mieć, jak chyba każdy, kontrolę nad wszystkim. Nad każdym skrawkiem życia i śmierci. Bo my, jako gatunek ludzki, chcemy by świat stanowił dla nas przewidywalne i łatwe do kierowania „urządzenie”, nigdy nie smagane żadną awarią, czy odrębną od nas wolą. Tymczasem ilość pokoleń, jakie istniały przed nami, a tym samym ilość zawartych w nich dramatów, wojen, chorób, gwałtów, sukcesów, szaleństw, uzależnień, porażek, wypadków, przypadków, miłosnych historii, podróży, zwycięstw, nagród, czy kar – staje się wręcz liczbą nieskończoną. Zawarta w samej genetyce tajemnica oraz ilość nieodkrytych jeszcze prawd, stanowi największą niewiadomą w każdej cząsteczce współczesnego Ja.

A właściwie – to dlaczego ten element dziedziczny tak bardzo mnie przeraża? W końcu, jeśli coś jest niezależnego ode mnie, od mojej woli, chęci, potrzeby – to po cholerę denerwować się i martwić? Nie lepiej odpuścić sobie i żyć tak, jak się da najlepiej, bez oglądania się za siebie? Ach, ileż to pytań tego typu potrafiło przez lata spowijać moją głowę. I tak wiele odpowiedzi z pełnym poziomem racjonalizacji strachu, nie dokonało procesu neutralizacji mojej skazy. To tak, jakbym miała złośliwie wgrany w mój twardy dysk wadliwą ścieżkę programu, która niezależnie od ilości restartów, aktualizacji, wsparcia dodatkowymi elementami – wciąż działała nie tak, jak potrzeba. Terapia jedna, druga, trzecia, książki psychologiczne, poradniki, spotkania z mądrymi i uduchowionymi ludźmi, medytacje, joga. Nic. No, prawie nic. Ot, tylko drobne, wyprasowane miejsca na milionach wgnieceń i zniekształceń umysłu. Dające krótkie odbicia od powierzchni. Śmiałe refleksy światła, dzięki czemu moje myśli przemieszczały się, na krótką chwilę, na stronę większego luzu umysłowego. Lecz szeroka, utwardzana przez lata autostrada myśli, kompulsywnie kręcących się wokół Lęku i tak pozostała tą najczęściej uczęszczaną. To nie jest umysłowy software. Tylko hardcorowy hardware.

Chłopcy. Koledzy. Przyjaciele. Kuzyni. Kumple. Współpracownicy. Szefowie. Podwładni. Każdy osobnik męskiego gatunku od samego początku, już od pierwszych spotkań jeszcze w przedszkolnych przestrzeniach, jawił mi się jako lustrzane odbicie. Mogłam co najwyżej popatrzeć. Dotknąć zimnej tafli. Poprzeglądać się w ich oczach – raz dostrzec swoje piękno, innym razem – swą upiorną wersję. Lecz nigdy nie mogłam wyciągnąć ich stamtąd. Z tej cholernej drugiej strony. A może… A może to ja trwałam całe życie po tamtej stronie,  a nie oni? Może to ja byłam tą lodowatą taflą, zerowym ciepłem, murem, odbiciem tego, co oni chcieli zobaczyć w sobie samych?

W tej sferze żyłam jak w matni. Wieczna powtarzalność. Przewidywalność. I ciągle to samo. I tylko trzy ścieżki możliwości.

Typ pierwszy. Rzadki przypadek, lecz najgłębiej żłobiący krwiste ścieżki w mym rozedrganym sercu. Pojawiał się zawsze z iście rycerskim przytupem. Romantyczny do bólu. Gotowy góry przenosić. Ze mną na jego rękach. Porywał mnie swoim romantycznym słowem. Zabierał do lasu. Z bukietem kwiatów. Prezentami. Spędzając ze mną szalone minuty w jeszcze bardziej szalonych godzinach. Chodzący „Pan Przeznaczenie”. Czary-mary-marzenia-się-spełniają. Lecz jak szybko się pojawiał, tak i szybko znikał. Najpierw więc pojawiało się jego milczenie. Jakby język gdzieś w gębie gubił. Potem zatracał umiejętność nazywania swoich uczuć („Nie wiem, co się ze mną dzieje! Nie rozumiem tego!”). Następnie unikał mnie jak ognia. Nie odbierał telefonów. Nie odpisywał na wiadomości. Uciekał. A na koniec udawał, że nigdy się nie poznaliśmy. Że nasze wilgotne i słodkie wargi nigdy się nie zetknęły w iskrzącej wzdłuż całej linii kręgosłupa wersji. Że nigdy nie zmiękły mu kolana, a gwiazdy nigdy nie posypały się na moje ramiona. I zawsze ta sama odpowiedź – o ile w ogóle padała – brzmiała wciąż identycznie: „Ja naprawdę nie wiem, co się ze mną stało. Przepraszam. Nie zasłużyłem sobie na twoje uczucie”. Ta pieczęć, jaką po sobie zostawiał, naznaczała mnie długim – wieloletnim często – obrzydliwym cierpieniem. Niepogodzeniem. Żalem i równie żałosnym skowytem. Skarżeniem się każdemu napotkanemu na to cholerne przekleństwo. Bo przecież to był ON. Ten jeden On, ten mój jedyny! Więc czemuż, aż czemuż on mnie zostawił? Tak być nie powinno! I dostawałam oczekiwane wsparcie. Pompowanie tej cholernej, pustej nadziei, że on jeszcze wróci. Przemyśli. Że w pierś się uderzy. Przeprosi. Uklęknie. I już nie opuści. Do końca życia. Lecz te nadzieje nigdy się, rzecz jasna i oczywista, nie ziściły.

Typ drugi. Najczęściej występujący po mojej stronie lustra. Typ mężczyzny, co to może i by chciał, ale nie potrafi / nie może / nie powinien.  Kontakt wzrokowy – zawsze intensywnie ze mną nawiązywany. Splatający palce z moimi, gdzieś pod stołem, w pustej windzie, za rogiem ulicy, w ciemnym zaułku, w wielkiej tajemnicy. Tulący. Za Drzewem Życia chowający swoje rozpulchnione czekaniem serce. Odzierający się ze wszelkich tajemnic życia tylko mi zdradzanymi, nikomu innemu, tylko mi. Bo w końcu jestem tak niesamowicie piękna i mądra, że otwieram z automatu ich poplątane dusze. Budziłam ich pełne zaufanie. Tak zupełnie naturalnie. W ich oczach byłam magiczną postacią. Aniołem. Elfem. Gwiazdką. Słoneczkiem. Wszechświatem. Boginią. Ich od zawsze istniejącym Marzeniem. „A co z moim marzeniem?” – pytałam. „Nie wiem.” – odpowiadali ciągle to samo. – „Ja nie potrafię się w tobie zakochać. Nie zasłużyłem sobie na miłość twą. Skrzywdzę cię. A tego się boję.”. Nie uciekali. Na bok tylko odchodzili. Na chwilę opuszczali. Po czym powracali. Jak do bezpiecznego portu – we mnie mieli zawsze swoje ukojenie. Zrozumienie. Empatię. Wsparcie. Współczucie. Obecność. Lecz moje Ja nigdy się w tym układzie nie liczyło.

Typ trzeci. Wyjątkowo trudny do zniesienia. Irytujący. I do szału doprowadzający. Wytrzepujący duszę ze wszelkiej wrażliwości. Empatii. Zrozumienia. Współczucia. Typ nieszczęśliwie we mnie zakochany. Bez wzajemności, rzecz jasna. Lecz mimo to, uparcie walczący o każde spotkanie. Podwijający każde spojrzenie ku własnej nadziei. Trudno znoszący prawdę. Nieakceptujący jej. Odrzucający. I dzwoniący wciąż i wciąż od nowa. Żebrzący o chwilę razem. Śmiertelnie przerażający swym maniakalnym uporem. Zadający w zamian za odrzucenie – najcięższy cios w plecy. Wbity nóż – zdradzoną niewłaściwej osobie największą tajemnicę, wyśmianie, publiczne poniżenie. Osobnicy ci potrafią być cierpliwi nawet w zadawaniu tego typu ciosów. Czekać mogą latami. I gdy najmniej się tego spodziewałam – uderzali z przytupem. Niszcząc i depcząc. Bo kiedyś ja powiedziałam im „NIE”.

 

Obrażona na śmierć (4)

29 paź

4

 Działałam przez całe życie jak automat. Szybko. Bezmyślnie. Unikając jak ognia analiz pt. „Czy ja w ogóle mam na to ochotę? Czy czuję się z tym komfortowo? Czy ja aby na pewno tego chcę?”. Z czasem takie pytania przestały pojawiać się w mojej głowie. Było tylko działanie skoordynowane i połączone z uważną analizą czyichś twarzy – czy widnieje na niej akceptacja? Czy widać zadowolenie? Jeśli nie – małpka musiała działać inaczej, korygować swoje tempo, jakość wykonania, precyzję, moc. Bo zawsze efekt końcowy tworzył ocenę mojego Ja. Czy przetrwam? Czy przeżyję? Czy też znowu czeka mnie pluton z karabinami wymierzonymi we wszystkie moje najczulsze miejsca?

No, właśnie. Pluton. Słowo – klucz. Automatycznie otwiera szufladkę wspomnień. Piętnaście lat wstecz. I pewien niepokojący sen.

Zjawiam się w środku nieznanego mi lasu. Pora popołudniowa, jesienna, miesiąc zapewne październik – bo na drzewach pomarańczowo-złote i brązowe liście. Polana gdzieś w górach. Stoję i czuję tętniący w moim sercu strach. Obezwładniający. Zaczynam więc biec. Choć nie znam ani miejsca, ani celu, ani powodu, dla którego miałabym to właśnie zrobić. Nagle z góry zbiegają w moim kierunku ludzie, a ja rozpoznaję wśród nich kolegę z podstawówki – mojego życiowego bliźniaka – urodzonego tego samego dnia, tego samego miesiąca, tego samego roku i niemal o tej samej godzinie, tyle że w innym szpitalu. Nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy i wspólnie, jakby po szybkiej naradzie dusz, bez użycia jakiegokolwiek słowa, zaczynamy biec w tym samym kierunku. Aż do chwili, gdy stajemy przed białym, dwupiętrowym, murowanym budynkiem. Bez szyb w oknach, opuszczonym od lat. I wbiegamy do środka od razu rzucając się na ziemię. Chwilę później rozlega się seria z karabinów maszynowych. Pył spada nam na twarze, na głowy sypie się rozpruty beton i może jakaś farba.

 Leżymy tak na podłodze bez ruchu. Cicho pokasłując. I nie podnosząc ani na chwilę głowy. Zapada zmierzch. Robi się ciemno. Oczy przywykłe do ciemności rozpoznają dziesiątki chowających się z nami osób. Nagle uderza we mnie świadomość – to przeze mnie oni tutaj są. Jestem kluczową postacią tego konfliktu. Oni są tutaj dla mnie i przeze mnie! Ryzykując własnym życiem!

 Nagle jedna z obecnych tam dziewczyn, wstaje. Szmer jaki przebiega po naszej grupie jest zgodny i niosący jedyny tylko dla niej rozkaz – „padnij!”. Lecz ona wyprostowana dalej uparcie stoi. Pieprzy coś o wyzwoleniu i zakończeniu tej wojny. Daje się namierzyć. Czerwony punkcik podnosi się po jej wyprostowanej postaci coraz wyżej i wyżej, aż do momentu gdy osiąga swój cel. Pada strzał. Huk. I dziewczyna osuwa się na ziemię, jakby to właśnie było jej misją. Zginąć. Po chwili  rozlega się krzyk kogoś z drugiego końca budynku. Strażnika. „Ratuj się kto może! Uciekajcie! Oni już tu są!”.

 Wpadają do pomieszczeń szybko i sprawnie. Niczym antyterroryści. Pokrzykują na nas, lecz ja nie rozumiem ich bełkotliwego języka. Są z siebie dumni. Zadowoleni. To widać gołym okiem. A jednocześnie nakręceni prymitywnym pragnieniem krwi. Prawem zemsty. Ciągną więc nas za kołnierze, za włosy ku górze. Ustawiają pod ścianą. W szeregu. Jeden obok drugiego. „To koniec” – myślę – „To koniec końców”. Mierzą do nas karabinami. Spoglądam tylko w jeden bok – na kolegę. Ma smutne spojrzenie. Jakby pogodzenia z losem. A ja wciąż czuję, że to moja cholerna wina. I wtedy pada seria.

 Czuję ból w lewym boku. Palący. Dziwny. Głęboki i nieprzyjemny. Jakby pochodnię rozpaloną siłą w moich wnętrznościach. Lewy bok. Osuwając się na ziemię, dłońmi otulam to zranione miejsce. Dopiero po chwili dociera mój rozum z pytaniem: „Nie zabili cię! Lekko ranili! Oni chcą cię żywej! ŻYWEJ!”. Spoglądam znowu w bok – wszyscy są martwi. Kolega z podstawówki – też. Spoglądam na swoje zakrwawione dłonie. „Boli mnie. Boli”. I wtedy tracę przytomność.

 Gdy ją odzyskuję, leżę w ciemnym pokoju na piętrze. Na jakimś zatęchłym materacu. W podartej halce, bez spodni, bez koszuli, bez majtek. W samej cholernej halce – zatem wydarzyło się ze mną coś jeszcze. Ale nie teraz. Nie chcę o tym myśleć. Rozglądam się wkoło. Patrzę na koc którym ktoś mnie nakrył. Oraz opatrunek w miejscu postrzelenia. Do pokoju wpada snop światła z sąsiedniego pokoju, w którym trwa właśnie narada. Docierają do mnie strzępy słów, już nieco bardziej zrozumiałe. Przerażenie spowija moje obolałe ciało – nie wiedzą, co ze mną zrobić! Zastanawiają się. Kłócą ze sobą. A ja nie mam ani chwili do stracenia. Muszę uciec. Wstaję więc powoli.

 Kiedy chwytam za klamkę – ta, o dziwo, nie stawia oporu. Ostrożnie wyglądam na korytarz – lecz ten świeci pustkami. Żadnych strażników. Zaczynam więc biec. Prosto przed siebie. Szybko. Szybko. Szybko. Po schodach w górę. Zaczyna się popłoch. Strzelają seriami z karabinów tuż pod stopami, próbując mnie zatrzymać, przestraszyć. Lecz ja biegnę dalej. Krzyczą coś za mną. Lecz ja ich nie słucham. Nie chcę ich słuchać. Jestem na ostatnim już piętrze. Dobiegam do końca korytarza i otwieram okno. Spoglądam w dół – na betonowe miejsce przeznaczone na śmietnik. Staję na parapecie. Jestem zdecydowana. Skaczę. Moje serce wpada tętniącą siłą rozpędu do gardła i kiedy mam osiągnąć poziom twardego podłoża, zatrzymuję się kilka cm nad ziemią. Po czym unosząc się w powietrzu, zaczynam płynąć, jak w wodzie. Spoglądam w górę, skąd przed chwilą wyskoczyłam. I widzę mężczyznę. Uśmiecha się do mnie serdecznie, mówiąc: „Płyń, dziewczyno, płyń, uciekaj… i tak się któregoś dnia jeszcze spotkamy”.

Sen, jak to sen. Nie pierwszy i nie ostatni zepchnięty zostałby zapewne w niebyt mojej dziurawej pamięci. Jednak przedziwnym trafem, kilka dni później brałam gorącą i aromatyczną kąpiel. I w jej trakcie dostrzegłam pierwszy raz w życiu (Tylko jakim cudem nie widziałam tego wcześniej? Przez tyle długich lat?) białawe, słabo widoczne, lecz charakterystyczne znamię w lewym boku. Dokładnie w tym samym miejscu, w które zostałam podczas tamtej senno-koszmarnej egzekucji trafiona z karabinu.  W tamtej chwili, w trakcie tej gorącej kąpieli, zrobiło mi się potwornie zimno. Siedziałam oniemiała zatykając usta drżącymi rękoma. Z galopem myśli. Czy to mój umysł stworzył tę historię poza udziałem mojego świadomego pola widzenia, dorabiając baśń do defektu ciała? A może istnieje pole historii mych przodków, historii, która nigdy została opowiedziana i przetrwała jedynie w pamięci komórkowej? We mnie? Odpowiedziała mi wówczas jedynie cisza wykafelkowanych ścian z wielkimi lustrami. Niewiedza to błogosławieństwo.

 

Obrażona na śmierć (3)

24 paź

3

Kiedyś, po latach, jako ta mała obrażalska dziewczynka – usłyszę wreszcie werdykt sędziowski pewnego psychiatry, a potem innego psychologa klinicznego, werdykt, na który tak wiele czekałam, wertując każdą stronę Duszy, czytając tony poradników, książek motywacyjnych, psychologicznych frazesów. Szukając odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego jestem taka, jaka jestem? I w końcu, w szpitalnym gabinecie, usłyszałam. Osobowość zależna. „Lekki poziom zaburzenia, łatwy do wyleczenia, pani Alicjo, wystarczy, z pani wglądem i samoświadomością, rok jedynie pracy. Ma pani olbrzymie szanse rozpocząć szczęśliwe życie”. Lecz zanim dotrę do tego miejsca, będę płonąć po wielokroć na stosach cudzych zaburzeń i obcych mi problemów, będę pozwalać, by tarzano mnie w ciągłym poczuciu winy. Tak. Bo poczucie winy to był, od zawsze, najwierniejszy towarzysz mojego życia.

I nawet pomimo dobrych chęci (którymi, jak mówią ludzie, wybrukowane jest ludzkie piekło) – często słyszałam, że zrobiłam źle, niewłaściwie, głupio, nieodpowiedzialnie, może i fajnie, ale nie do końca tak, jak ktoś sobie tego życzył. Jak wtedy, gdy podczas pobytu na wsi, jako 5-letnia dziewczynka poszłam ze starszym o kilka lat dalekim kuzynem na pastwisko pradziadka, po jego krowy na południowe dojenie (a miał ich bodajże dwie). Chcieliśmy oboje zrobić mu niespodziankę. Pomóc starszemu człowiekowi. Wyciągnęliśmy wspólnie jeden zaczep łańcucha z ziemi. Podczas gdy kuzyn poszedł po drugą krowę, ja trzymałam w dłoni zimny łańcuch tej pierwszej. Nagle kuzyn krzyknął coś głośno i wyrzucił w powietrze zaczep łańcucha drugiej krowy w powietrze. Była cała w krowim łajnie. Kuzyn na twarzy miał i na ubraniu resztki śmierdzącej substancji. Najgorsze jednak rozegrało się w chwili, kiedy ten wyrzut łańcucha połączony z wrzaskiem obrzydzenia kuzyna trwał, a obie krowy zerwały się dziko i szaleńczo do ucieczki. Wystartowały tym swoim krowim galopem w kierunku wsi. Kuzyn na szybko przetarł brudną twarz liśćmi pobliskiej jabłonki, po czym puścił się w długą za stworzeniami. Ja także. Lecz suma summarum – nie udało nam się zadanie i w ostatecznym złapaniu wystraszonych zwierząt musiał już pomagać sam wściekły pradziadek. Ochrzanił nas po tym wszystkim z góry do dołu. Bo mogło się skończyć tragicznie.

Innym razem wybrałam się rankiem do kurnika, by pozbierać jajka i przynieść na śniadanie. Niestety, jedna kura nie była taka chętna, by opuścić gniazdo. Głośno gdacząc, być może zwracała uwagę małej, niewprawnej wiejsko dziewczynce, że jeszcze ma dać jej spokój. Lecz ja, wygoniłam ją z kurnika i cieplutkie jeszcze jajo wyciągnęła i dumna z siebie oraz swojej uczynności, poszłam w kierunku domu. „Jak śmiałaś!? I kto ci w ogóle pozwolił?!” – usłyszałam plujące gniewem słowa biegnącego w moim kierunku pradziadka, czerwonego z wściekłości na twarzy – „Kur się nigdy nie przegania z grzęd, dopóki same ich nie opuszczą! Nigdy więcej nie wchodź do kurnika!”. Spuściłam więc oczy, a jajka zostały mi odebrane. Wraz z nimi wyrwano mi z dłoni to cudne uczucie dobra. Znowu zrobiłam źle.

I za każdym razem odbierałam te słuszne lub nieco mniej uwagi, czy wyrazy niezadowolenia, krytyki, złości, wściekłości, wkurzenia, jako ostateczność. Jako jednoczesną utratę całości bezpieczeństwa, sympatii, miłości. W jednej chwili każdy podniesiony głos, każda krytyka – przecinała ostrym mieczem moje Ja. Nie było we mnie miejsca na pośredniość. Na odcienie szarości. Na drugie dno. Nie. Bo mój system działał od zawsze zero-jedynkowo. Skoro więc ktoś na mnie krzyczy – znaczy że przestał lubić / kochać / szanować. Mój świat rozpadał się na miliardy malutkich kawałeczków. Całe moje dobre do tej pory działania, próby pomocy, wsparcia, dawania dowodów czystej sympatii – ustawiane były pod ścianą przed wyimaginowanym plutonem egzekucyjnym. Wykreślane z listy uczynków. Wymazywane na trwałe z czyjejś pamięci. Wygnane na wieczne potępienie. I nie ważny był poziom sprawy – malutki, drobny, średni, czy wielki, w pełni uzasadniony. Każdy z nich uderzał z mocą po przerażonym i spanikowanym sercu.

Nauczyłam się więc działać tak, by zadowalać wszystkich najlepiej, jak tylko potrafię. Mała małpka skacząca do każdego wybijanego rytmu, jaki jej tylko zagrają. Umieć w wieku 3 lat idealnej obsługi nożem i widelcem? Proszę uprzejmie. Nie krzywić się do nieznajomych i zawsze mówić „dzień dobry”, „proszę”, „przepraszam”, „dziękuję”? Mówisz – masz! Pięknie kaligrafować i starannie odrabiać wszystkie lekcje? Bo jak nie ja, to kto? Być najlepsza lub przynajmniej dobra w każdym przedmiocie szkolnym? Proszę bardzo! Wzorowa uczennica! Wymarzona córka! Wspaniała dziewczyna! Której wciąż nikt nie chciał…

 

Obrażona na śmierć (2)

22 paź

2

 Sztuczność produktowa zalewała ówczesny rynek. Jak choćby czekoladopodobne wyroby, czy (uwaga, uwaga) tak zwane – ciepłe lody. Nawiasem mówiąc – kto to wszystko wymyślał? Kto, na boga, w ogóle wpadł na taki chory pomysł? Po co to w ogóle było? By udawać normalność, która wcale normalna nie była? Ja nie znosiłam tego oszustwa. Mdliło mnie, gdy próbowałam przełknąć czekoladopodobną kostkę. Ssałam każdą z nich powoli, zamykając przy tym oczy i modląc się, by moje zmysły odebrały w końcu ten smak jako właściwy – jako CZE-KO-LA-DĘ. Lecz smak nadal pozostawał w odmętach paskudnego odcienia słodyczy, którą nigdy nie powinno się stać. No, a samo hasło: „Aluniu, kupiłem ci lody!” – wiadomość, na którą czekało się niczym na wybawienie z komunistycznej stagnacji, a dostawało się do ręki wafelkowy kubeczek z wyrobem jakiejś ohydnej pianki, imitującej lody śmietankowe. Nie tego przecież pragnęłam. Chciałam lody zimne, nie ciepłe. Mrożone chłodem. Spływające potem po palcach i klejące je swoją słodyczą, którą dokładnie się wylizywało. No, ale co miałam robić? Jadłam i ciepłe lody. Konsumowałam. Klaskałam uszami. I cieszyłam się, że w ogóle coś mam.

Rodzice. Mama i Tata. Dwie odrębne istoty, stanowiące dla dziecka wspólnotę. Jedność. Jednomyślność. Podstawowy filar mojego Ja. Bez nich – nie byłoby mnie. Dziewczynki z kucykami i piegami na policzkach. Filigranowego dziewczęcia z wielkim strachem skrywanym w jeszcze większych, zielenią zalanych oczętach. Słodkim i niewinnym. Zawsze pod surowym spojrzeniem Mamy i akceptującym moje dziecięce stwory Taty. Lecz każdy mój nocny koszmar zawsze, niczym absolutny pewnik mojej dziecięcej niepewności, najpiękniej mógł być utulony pomiędzy ich dwójką. Pomiędzy Mamą i Tatą. Ich ciepłe ciała w szerokim, małżeńskim łóżku, w ostatnim pokoju, białej sypialni z czarnym pianinem w kącie, mającym klawisze z kości słoniowej, i z ciemno-brązowymi zasłonami w oknach. To właśnie ich wspólne oddechy i głosy – koiły moje dziecięce koszmary. To właśnie ich ciepło ciał i miękkość nocnych odgłosów – dawały mi pewność i bezpieczeństwo. Wtulałam się więc w tę ich miękkość, i ukojona rytmicznymi uderzeniami serca, zasypiałam. Bezpieczna i mała. I zmieniałam się w ten przeklęty, nocny scyzoryk. Układając się w poprzek łóżka, pomiędzy plecami Mamy i plecami Taty, okładając nożycowo nogami ich plecy, czy brzuchy.

Idylliczne dzieciństwo pośród miłości i własnego strachu.

I to dudniące w głowie pytanie – o co mi do cholery chodziło, kiedy któregoś popołudnia rozpłakałam się w głos, patrząc w umęczone oczy Mamy, wracającej właśnie z ciężkimi zakupami? Dlaczego wówczas, jako bodaj 4-letnie dziecko, zapytałam ją wtedy, łkając przy tym z rozpaczy: „Co ja ci takiego złego, mamusiu, zrobiłam?!”. Skąd się we mnie to pytanie wzięło? Czy umysł dziecka potrafi już wtedy wziąć na siebie wszystkie możliwe grzechy tego świata i akceptować je jako swoje, własne? Absolut dziecięcego absurdu podkreślony wpierw zaskoczeniem Mamy, a potem jej zdegustowanym spojrzeniem, jakby mówiącym: „O boże, o nie, znowu zaczyna swoje”.

Bo ja tak właśnie miałam. Od urodzenia. Uważnie obserwowałam ludzkie twarze. I każdy grymas, jaki orał ich mięśnie, każde niezadowolenie – i brałam jako swoje, własne, ciężarem przyklejone Zło. To przecież ja byłam przyczyną ich niezadowolenia, bólu, cierpienia, niezałatwionych spraw, chorób, spieprzonych misji i życiowych wyborów. Alicja z Krainy Przekleństwa. Uparcie wierząca w Moc swoich czynów nigdy nie uczynionych i myśli nigdy nie przemyślanych. Tylko skąd, do cholery, takie swoiste przeciążenia w głowie tak małego dziecka? Nie wiem. Nie rozumiem. Nie akceptuję.

Lecz te wszystkie Lęki, niezaspokojone potrzeby, zranione uczucia, niewypowiedziane emocje – skołtuniły się gdzieś głęboko na mojej starej, malutkiej Duszy, i zaskomlały któregoś razu cieleśnie. Nie mając szans na uznanie – zatarły swoje granice, nazwy, definicje, mocne i słabe strony, i wszystkie zamknęły się w Pokoju Obrazy. Mojej Obrazy Śmiertelnej. Na całe Życie. Do końca dni. Na zawsze. Bo nie potrafiłam, nie umiałam powiedzieć komuś: „Słuchaj, zraniłeś mnie właśnie. Powiedziałeś TO i TAMTO. Sprawiłeś mi ból. Skrzywdziłeś słowami / czynem / gestem”. Nikt tego przecież nie uczył. Rodzice sami nie potrafili. Więc skąd niby miałabym wziąć tę wiedzę i siłę na wylanie tych słów, tych oskarżeń, dodania do nich swoich emocji i mocy kropki każdej nad „i” i przecinka, wraz z wykrzyknikiem na końcu? Z zatrzaśniętymi palcami pomiędzy drzwiami tkwiłam więc w tamtym pokoju Wiecznej Obrazy  próbując na dziko odnaleźć sposób, by wygestykulować swojej duszy cierpienie. Niezadowolenie. Skrzywdzenie. Zranienie. I tak któregoś dnia, wyprostowałam plecy. Nosek wysoko zadzierając. I obnażając wszystkie kołtuny sturlane w jeden, wielki supeł – i nie wypowiadając żadnego słowa, żadnej sylaby, żadnego dźwięku, zamierałam dziecięco w mrożącej postawie – śmiertelnej obrazy. Urazy. Czy współcześnie nazwanego focha.

Śmiertelnie obrażona postawa – to był mój krzyk dziecięcej niemocy. Bo jak rozkołtunić ten cholerny supeł? Rozczesać się nie da. Szarpanie nic nie da, poza wyrwaniem kolejnych emocji, bez ich nazwania, skategoryzowania. A wystarczy zamilknąć. Buzię w podkówkę ułożyć. Oczyma kontaktu z nikim nie nawiązywać i dawać się okładać myślom tam bardzo bolesnym, tak cholernie przykrym. Bo może w końcu, bo może ktoś wreszcie, ktoś mnie prawdziwie zobaczy, dostrzeże. Nie – obrażoną – znaczy głupią i pustą, płytką i chciwą. Lecz – tak złożoną wielokrotnie w rąbek wielkiej, dziecięcej tajemnicy odczuć, że siądzie, za rękę chwyci i powie: „Jestem tu. Dla ciebie. Jestem. Rozumiem. Pomogę ci. Chcesz? Utulę. Przeproszę. Jestem tu. Jestem.”

Tylko że nikt nigdy nie usiadł obok. Za rękę nie chwycił i nie wypowiedział tych słów wymarzonych i wyczekiwanych boleśnie przez moje dziecięce serce. Nikt nie zobaczył w spojrzeniu mym bólu. Widział tylko to, co zewnętrzne. Bo ktoś obrażony – wymaga wyśmiania. Wykpienia. Olania. Bo przecież to głupstwo. Pierdoła. Durnota koszmarna. Niech się pozbiera lepiej do kupy szybko, przeprosi za swoje głupie zachowanie i wraca do bycia grzeczną dziewczynką.

 

 

Obrażona na śmierć (1)

22 paź

1

Tamtej deszczowej, sierpniowej niedzieli, urodziłam się w szpitalu ze skazą. Wielką wyrwą w sercu. Czarną otchłanią, która niejednokrotnie zasysała do środka i zatrzaskiwała się za moimi plecami na amen. Wtedy był już ze mną tylko Lęk. Paniczny i podskórny. A przy tym cuchnący i lepki, sklejający wszystkie myśli w jedną wielką, niezgrabną i byle jaką papkę. Bałam się niemal wszystkiego. Zalęknione, piękne dziewczątko, z czarnymi jak heban włosami i wielkimi, zielonymi oczami. Piękne, idylliczne, bajkowe wręcz stworzenie. Żeby chociaż cieszyło się życiem. Nic z tego.

Rodzice bezradnie rozkładali ręce. Próbując ukoić te moje dziecięce Lęki tuleniem. Znosząc pokornie kolejne moje napady ocznej ulewy. Tłumacząc. Szyjąc dla lalek ubranka z zachodnich żurnali. Bawiąc się w chowanego. I czytając książki do poduszki o panie generale. Ale Lęki nie znikały. Otchłań nie zamierzała wypuszczać. Niczym ośmiornica przysysała się do każdej wyłaniającej się zza zakrętu myśli. Do tego wszystkiego doszły choroby. Zapętlające się jedna o drugą. Niekończący się korowód smarków, kaszlów, gorączek. Jak w kołowrotku dla chomika – ciągle coś, a to uszy, a to zapalenie gardła, a to zapalenie oskrzeli… Choroba jasna! Setki lekarstw, antybiotyków, zastrzyków w tyłek (tak bolesnych, że do szaf się chowałam przed sąsiadką pielęgniarką z parteru), baniek stawiania (które wywoływały kolejne napady strachu i płaczu – bo jak tu niby nie bać się ognia rozpalanego tuż nad twoimi plecami? No, jak?).

A może ten Strach zarządzający każdą moją myślą, wziął się z odmiennych oczekiwań mojej Mamy? Bo ona inaczej mnie sobie wyobrażała. Miałam być przecież śliczną blondyneczką o niebieskich oczach. I miałam nosić imię Bogusława. Bogusia. Boguśka. Gusia. A tu nagle, hop, zdziwienie. Mała cyganeczka spomiędzy nóg rozwartych na trakcie porodowym wyskoczyła. Gęstwina czarnych, wręcz fioletem błyszczących, włosów. Wciąż płacząca. Nieutulona. Odległa. To nie ta. Nie taka miała być. I na domiar złego, teraz to piękne, od boga płynące imię, nijak nie pasowało! Trzeba było na szybko szukać mi innego. Mój Tato pijany ze szczęścia, słaniał się na nogach i pytał z drugiego końca korytarza, co pielęgniarki mają wpisać w dokumentacji szpitalnej. A Mama – nie wiedziała! Wzruszała ramionami, wstrząsana zaskakującym doznaniem pustki. Wściekłość. Rozgoryczenie. Rozczarowanie. Do tego piekło hormonalnego wyrzutu – pierś nie potrafiła nakarmić własnego dziecka. A umiałaby – lecz nikt tego nie wspierał. Kto w latach siedemdziesiątych by się tym przejmował? To były czasy sztucznego mleka – ono królowało w szpitalach i domach. Bardziej wartościowe, smaczniejsze, bardziej sycące. A nie tam – byle jakie mdłe żarcie z cyca obolałego. Złość może? Pragnienie, by to jednak wszystko inaczej wyglądało? W końcu krzyknęła: „Wpisz cokolwiek, choćby Alicja!”. I tak już zostało.

Imię z wygrawerowanym rozczarowaniem.

A może ta czarna otchłań to genetycznie wpleciona w sieć mojego kwasu deoksyrybonukleinowego lękotwórcza przeszłość przodków? W końcu tak wiele się wydarzyło. Dwie światowe wojny. Pierwszego pradziadka z Piłsudskim ramię w ramię bitwa o odzyskanie Warszawy. Głód. Brud. Choroby. Utrata kilkuletniej córeczki z powodu choroby, na którą dzisiaj mamy lekarstwa. Drugi pradziadek trzymający się z dala od wszelkich konfliktów wojennych, próbujących orać ziemię, zbierać zboże, ziemniaki, hodować krowy, konie, świnie, kury. I walczyć z rodzonym bratem o źle wymierzoną ziemię. Wlewając każdego dnia nienawiść do osocza krwi wraz z alkoholem. Zarażając tą smolistą nienawiścią kolejne, rodzące się dzieci. Wściekły i nieakceptujący życia w formie, jaką otrzymał od Losu. Trzeci pradziadek to z kolei twardy przeciwnik, strażak i aktywista w walce o wolną Polskę, biorący wraz ze swoimi nastoletnimi już dziećmi udział w Powstaniu Warszawskim, następnie złapany z całą rodziną i wywieziony do Niemiec na przymusowe roboty. Czwartego pradziadka nie poznałam nigdy, jego samego, ani jego historii. I to mnie naprawdę przeraża. Brak elementu w tej układance genetycznego koktajlu budzi nieludzki wręcz niepokój. Tym niemniej przez całe swoje życie poznawałam każdą tę cząstkę rodziny po kawałeczku. Pomaluteńku. Niespiesznie. Pośród walki o moje lepsze zdrowie. Była więc i wieś. I wielkie miasto Warszawa. A przede wszystkim był Górny Śląsk. Tychy. Katowice. Bytom. I moje rodzinne miasto – Mysłowice.

Szaro-bure bloki z wielkiej płyty. Czarne kamienice. Smutne barwy. Kamienne piaskownice. I pojedyncze trzepaki – miejsca spotkań starszyzny dziecięcej. Przedszkole naprzeciwko. I wielki Super-SAM. Z pustymi zawsze półkami. Drzewa, owszem, były. Przy ulicach. I w parkach. Ale i one jakby z przerażeniem rosnące. Powyginane pokracznie, udające życie, które ogrodzone im zostało do wąskiego paska ziemi. Paska, na której prawie nigdy nie wyrastała trawa, a reszta – przykrywana była zawsze asfaltowymi ulicami i płytami chodnikowymi. Jak tu rosnąć? Jak tu żyć? Resztkami sił. I pragnieniem słońca. Oddechem ludzi. I wydechem Matki Natury. Lecz najgorsze było to codzienne duszenie się od nadmiaru spadającego z nieba pyłu. Tu nawet zieleń była szara. Kilkucentymetrowa warstwa syfu, który był naszym powietrzem. Walczyliśmy więc wszyscy. Drzewa i my. Dzieci nowej epoki. Niemych świadków burzliwych przemian gospodarczych i politycznych.

W moim domu słowo „Solidarność” zawsze wypowiada była z nabożnością i szacunkiem. Choć rodzice byli w tej walce o wolność ostrożni. Rzekłabym – biernie obecni. Nie roznosili ulotek. Nie chodzili na spotkania. Nie przesiadywali w piwnicach. Ale mieli przypinki. Prawie zawsze je nosili. Pod swetrami. Pod kamizelkami. Niczym bijące pod skórą serca. Nie można ich nigdy zobaczyć. Ale można poczuć. Dotykając dłonią. I wyczuwając delikatne ukłucia agrafki. Krzyczące niemo: „jestem i walczę, po cichu, po swojemu, pozwól mi tak”. Bo oni nie mogli inaczej. Bo za sąsiada mieli strażnika porządku – milicjanta, co zawsze do pracy z biało-kremową pałką szedł. W skórzanych, czarnych i skrzypiących butach. Lęk budziła niemal każda jego wizyta i jego postawna figura, górująca ponad rodzicami. „Solidarność” musiała więc być w ich sercach ostrożna. I malutka. Bo malutką mieli córkę. I do tego płaczliwą.

Z odmętów pamięci wyciągam kolejne skrawki wspomnień. Długi korytarz w trzypokojowym mieszkaniu. Tak zwany „duży pokój” z czarno-białym telewizorem, zieloną sofą, kwadratowym, ciemnym stołem z czterema krzesłami i wielkim, stojącym w kącie zegarem, co pół godziny wybijającym kolejne etapy życia. I palące się niemal non stop nocą światło. Niebiesko-szary dym papierosowy i pełne popielniczki o ażurowych wykończeniach. I karty do gry w brydża. I schowane na specjalnie wyciąganych ze stołu półeczkach – małe kieliszki zapełnione wódką. Śmiechy dorosłych i ich nie zawsze do końca poważne rozmowy, których w ogóle nie rozumiałam. Brzmiały dla mnie jak bełkot. Słowa płynęły z ich ust niczym magiczne zaklęcia. Patrzyłam wtedy na nich próbując zrozumieć te wszystkie rozmowy, lecz trafiały do mnie pojedyncze ich znaczenia, które rozumiałam już, jako kilkuletni berbeć. Pijali wciąż kawę z fusami, na przemian z herbatą o słomkowej barwie.

Zasypiałam więc w swoim łóżku z ich rozmowami i wybuchami śmiechu. Z ich niezrozumiałymi słowotokami i światłem rozświetlającym mój dziecinny, mały pokój. Zasypiałam z poczuciem bezpieczeństwa. Do czasu aż moje dziecinne spojrzenia wyławiały z częściowych ciemności obejmujących kąty pokoju – kształty pajęczo-podobne. Musiałam wówczas zacisnąć powieki i zamykać usta ręką – by nie krzyczeć. By nie zdenerwować Mamy. By nie przerwać rodzicielskiej wolności od dziecka, które przecież wciąż nie było takie, jakie chcieli mieć.

 

 

Pięść plus

20 paź

Trzy zawieszki nadal zdobią moją szyję. Minęły za to dni luksusu. I stało się to, co napawało mnie pewną dozą obawy. Wygrane z bankiem pieniądze i zaległe, trzymiesięczne rządowe 500+ – na krótkie dwa miesiące, pozwoliły nam odzyskać godność oraz radość i spokój. Zrealizowaliśmy kilka zaległych, odkładanych od wielu lat zakupów, które powstrzymały na chwilę dalsze rujnowanie naszego życia. Lecz pieniądze się skończyły. Upojny czas dobiegł końca. A ja musiałam na nowo mierzyć się z tą potworną demoniczną stroną życia – brakującymi pieniędzmi. Bo przypływ pieniędzy i jego skończone źródło, zakręcone kurkiem, zrozumieliśmy tylko my. Sprzęt zaś, rzeczy martwe, samochód – już nie. Posypały się kolejne awarie i konieczne, pilne zakupy. Nagle okazało się, że starsze dziecko nie ma butów (bo wszystkie jakie ma są za duże), albo spodni dresowych (bo albo już wyrósł z poprzednich, albo dziur na kolanach nie zaszyję zwykłą igłą i nitką). A w samochodzie awaria A pociągnęła za sobą awarię B, ta z kolei wygenerowała kolejną, a przecież jeszcze przegląd, jeszcze światła, jeszcze nowe opony, bo jeździmy niemal na łysych… No i choroby dzieci – setki złotówek zostawionych w aptekach – no bo jak – mam nie leczyć własnych dzieci?

I tak turlam się znowu w towarzystwie ciągłego lęku, nad którym muszę panować. Muszę – bo nie mam wyboru, bo znam różnicę pomiędzy tamtym powietrzem w płucach, a obecnym. Muszę uspokajać swoje własne, rozbiegane niczym chore stworzenia, myśli. Koić je własnym pomyślunkiem zaradnej pani domu, która znowu sprzeda kolejne swoje książki, albo kilka ubrań i jak Los zechce, to będzie na leki dla dzieci.

Obniżono mi pensję. Tylko o 200 zł. Niewiele. Ufff. Taki mały spadek. „W końcu macie 500+”. Owszem. Mamy. I jeśli mam być szczera – nie czuję tych pieniędzy ponad to, że w końcu mój syn chodzi na zajęcia mające na celu podniesienie wiary we własne możliwości. Bo wszystko wkoło poszło do góry – paliwo, prąd, woda, jedzenie.

Nie. Ja nie narzekam! Absolutnie nie chcę i nie mam zamiaru. Myślę tylko, jak cholernie musiałoby nam być trudno bez tych pieniędzy. I myślę o tym, jak żyje się ludziom, którzy zaszywają się gdzieś w Bieszczadach. Jak żyć bez tych cholernych pieniędzy? No, jak?! Czy to jest naprawdę możliwe? Ja wiem, że sporą ich część stanowią jedynie wirtualne liczby, nieistniejące, latające w niebycie światłowodowych kabli, pomiędzy bankiem, giełdą, a mieszkaniem pod lasem. A chciałabym… żyć w takiej cudownej krainie, gdzie ludzie wymieniają się swoimi dobrami, dzięki czemu nikomu niczego nie brakuje.

Idealistka, psia mać.

Robię się coraz starsza i coraz słabsza. Rok temu sprzątałam mieszkania i domy. Dziś jestem tak potwornie zmęczona, że nie wiem, czy miałabym na to siłę, by dorobić, by było i na leki i na paliwo. Pewnie dałabym radę – pytanie – czy ja jeszcze tego chcę? Nie lubię też siebie w lustrze – tym sklepowym lub windowym – w białym, jarzącym świetle wyglądam jak upiór – podkrążone oczy, nie umalowane, makijaż już dawno przestał być słaby, a stał się ledwo istniejącą warstwą pudru i jakiegoś koloru na bladych jak śnieg policzkach. Sina twarz. Nijaka osobowość, która już dla nikogo nie jest atrakcyjna. Pourywały się znajomości. Wszyscy są już tylko w sieci… po co się umawiać na kawę, skoro można poklikać? Klik, klik, klik, klik… I sprawa załatwiona. Rozmowa odhaczona.

Jedynie dreszczyk emocji wzbudza postać Pielgrzyma. Czasem zastuka. Zapyta. Jest gdzieś daleko. Ale zawsze obok.

Spotkaliśmy się nawet tego lata. Na krótkim spacerze. Szliśmy obok siebie i jednocześnie, mentalnie uciekaliśmy od siebie. Nie było w tym spotkaniu tego, co kiedyś. Rozjechały się nam drogi. Bardzo. Pozostała mi więc jego istota w mojej pamięci, we wspomnieniach i wyobrażeniach, jakie zawsze sobie układałam. Pozostały skrawki emocji. Kawa na lotnisku. Papieros w pubie. Iskierki podczas flirtu przy piwie. Pocałunek na Rynku. Pocałunek w aucie. Zawsze na sztywno. Zawsze poprawni. A jednak zapętleni w romantyczne wizje tego, jak mogłoby być. A już nigdy nie będzie.

Wdech. Wydech. Słońce za oknem. Ptak. Chmura. Wiatr. Życie. I śmierć.

Kilka tygodni temu pochowałam ostatnią swoją babcię. Tę, która w dzieciństwie najwięcej mi pozwalała, uchylając przede mną odrobinę tajemnic świata dorosłych. Tę, która niestety, nie chciała poznać swoich prawnucząt…. Boli mnie to wspomnienie. Jak i boli mnie fakt, że nie potrafię wykasować numeru do dziadka, który zmarł rok temu na rękach mojej Mamy. Mam jego komórkę i stacjonarny. I nie potrafię usunąć go z listy. Jakby miało to oznaczać całkowite wykasowanie go z mojej pamięci. A tak – oto jest – lista z numerami. Dziadek. Nadal tam jest. Ze swoją ukochaną Gienią – moją (drugą) babcią.

Mam przedziwną i wspaniałą rodzinę. Jest niczym narzuta na łóżko stworzona z setek skrawków materiałów. Jest w niej mnóstwo dziur, nitek prujących się na lewo i na prawo, ale jakimś dziwnym cudem jakoś się trzyma. Kilka dni temu na fejsie przeczytałam, że mój daleki kuzyn idzie siedzieć do więzienia na 16 dni, bo nie zapłacił kary zasądzonej przez sąd. Daleką kuzynkę oglądam w cotygodniowym show telewizyjnym o szukających swojej drugiej połówki na ślubnym kobiercu i dociera do mnie, jak wielka rozpacz za jej czynem stoi. Czy gdybym to ja była na jej miejscu, postąpiłabym podobnie? Kolejny daleki kuzyn nie chce mnie znać. Jego siostra – przyznaje się do mnie – a ja wciąż mam ją przed oczami, jak ćpała i chlała, i mało nie zginęła w wypadku samochodowym na Helu. Po jednej stronie bogactwo, które wprowadziło w życie rodziny chaos i rozpad najważniejszych wartości – po drugiej strony – biedę i toksyczne relacje rodzinne, zbyt bliskie, zbyt intymne, zbyt… tylko po co ja to piszę?

Za każdym razem, kiedy chcę pisać – mam wiele poukładanych myśli. Takich łagodnych i wyprasowanych w kancik. A kiedy siadam przed komputerem i kładę swoje palce na gładkiej klawiaturze, nagle spada mi wszystko, miesza się w głowie, napływ miliona myśli, tak chaotycznych i dziwnych, ale pozwalam im płynąć, poprzez palce, na tę biel ekranu. Bo cóż mi innego pozostało?

Ech. I oto znowu. Zatoczyłam koło. Serce ponownie rozdziera mi tęsknota za tamtymi upojnymi miesiącami lata. Już dawno nie czułam takiej rozkoszy istnienia – bez większych trosk, z radością spędzania każdego dnia. Dziś – znowu przytłaczający brak pieniędzy zdarł nam ten uśmiech i odebrał godność, której wciąż tak bardzo potrzebujemy. Biorę więc kolejną zaliczkę z pensji. Coraz wcześniejsze te zaliczki. Zjadamy swój własny ogon. I nie wiem, za chińskiego boga, jak z tej pętli wyjść? Najchętniej – sprzedałabym mieszkanie wraz z całym pieprzonym długiem. Niech ktoś to ode mnie weźmie. Ponad dwa tysiące więcej mielibyśmy w miesięcznym budżecie… naprawdę, byłabym wówczas grzeszna twierdząc, że mi źle. Ale jestem grzeszna inaczej. Cóż zrobić…

A może dorabiać? Ale jak? Którędy? Czym? I kiedy?! Skoro powrót do domu następuje o 18:00, a opuszczamy go o 7:00? Kiedy niby miałabym wyszarpać czas jeszcze na zarabianie? A rodzina? A dzieci? Przecież one rosną. Nie będą wiecznie rozumieć moje zmęczenie i moje obowiązki. One potrzebują mnie. Mamy. Z pełną obecnością, empatią na jaką tylko mnie stać, odmienną od nerwowego do szpiku kości MUFa. Tak… Bo MUF niestety – wychowawczo ugrzązł gdzieś w czasach komuny. Posłuszeństwo ślepe ma być… a ja tak daleko od niego… tak mi smutno i tak mi źle… że muszę samotnie uczyć się czegoś, co i tak nie wychodzi mi najlepiej, popełniam tysiące wychowawczych błędów, lecz brakuje mi drugiego filaru – męża, który wesprze gdy mi zabraknie sił, doda swoją mądrość, mnie wyciszy, ukoi… brakuje mi tego… nie lubię być sama.

Wczoraj przeczytałam artykuł o zarabiających olbrzymie pieniądze blogerach. Spojrzałam ze smutkiem na swoje bloga. Piszę go już od ponad 12 lat (matko kochana, kiedy to się stało?) Lecz przegapiłam swoją szansę, prawda? Nie mam ludziom nic do przekazania, oprócz swoich skowytów do księżyca, zmartwień i problemów bez liku. Nie jestem ani wzorem do naśladowania. Nie wprowadzam ładu ani porządku. Nie rozśmieszam. Nie pouczam. Nie tworzę nowego. Nie zarabiam na fikcji literackiej. Nie angażuję się społecznie. Nie stałam się ani kulinarnym specem, ani podróżnikiem, ani znawcą mody. Nie ukończyłam żadnego kursu Porozumienia bez Przemocy (NVC), ani trenerskiego, ani nie poszłam ścieżką MLM, nie próbuję za pośrednictwem filmików na YouTube namawiać do kupna lokat, od których miałabym prowizję i to niemałą..

Napisałam za to bajkę. Wydawnictwo z Trójmiasta chce ją wydać. Ale z moim wkładem finansowym. Niemałym. Ale i niedużym w porównaniu do tego, jakie pieniądze musiałabym włożyć w samodzielne jej wydanie i wypromowanie. Lubię pisać. Niejednokrotnie recenzje książek jakie popełniam co jakiś czas zyskują komentarze na poziomie: „Jeśli któregoś dnia wydasz książkę, to wierz mi, będę pierwszą, która ją kupi i pochłonie. Piszesz cudownie!”. Od takich słów rośnie mi serce. Ale na krótko. Po chwili znowu gasnę. Słomiany zapał – tryb online. Chcę go pokonać. I wiem, co mi pomaga. Ludzie. Komentujący ludzie. Zagrzewający do walki. Dający dobre uwagi, które nie miażdżą, lecz budują. No, właśnie. Kiedyś miałam tu takich czytelników. Miałam tu taki backup. Dziś mam Waszą małą garstkę. Aż dziw bierze, że nadal tu ze mną jesteście. Dziękuję po raz już nawet nie wiem który. I proszę, wracajcie. Bardzo Was tu potrzebuję………….

 

Wisiorek z trzema zawieszkami

20 sie

Miłość. Jedność. Szczęście. Te trzy słowa to trzy zawieszki na srebrnym łańcuszku od miesiąca zdobiące moją szyję. Stały się moimi przewodnikami na drodze do poszukiwania zagubionej harmonii. Z dala wyglądają jak katolicki krzyż z dopinkami. Niczym folwarczny pokaz słabej mody. Mnie to jednak nie obchodzi. Lubię dotykać ich kiedy się budzę. I lubię świadomość towarzyszącą temu uczuciu – świadomość chwili, która przywiodła mnie do tej wisiorkowej idei. Moje zagubienie kontra wielka, ssąca potrzeba ustabilizowania myśli oraz całego pogmatwanego życia. Pogniecione myśli, pogniecione emocje, skopane i skundlone, skulone ze strachu i coraz mniej moje własne. Strach zagnieżdżony w samym rdzeniu serca. Uczucie krzywdy. Klątwy zesłanej (no, właśnie, przez kogo niby?), paskudnej i toczącej zgnilizną cały nasz rodzinny organizm.

Stałam się niewolnicą. Zatrzaśnięta w ciasnym i śmierdzącym pokoju, z obdrapanymi ścianami, wodą kapiącą z sufitu w nieregularnych odstępach czasu. Stałam się marionetką. Chłopcem na posyłki. Ale nie kogoś z zewnątrz. Lecz swoich własnych myśli. Mojego wielce nienasyconego, wiecznie niezadowolonego ego. Które stosując od lat tę samą taktykę, wychodziło sobie całkiem pokaźną autostradę nawykowych myśli i ocen. Zmniejszając po drodze mój entuzjazm, umiejętność cieszenia się z rzeczy małych, puchnąc za to od złego, chciwego, paskudnego poczucia klęski.

Samo-nakręcająca się sprężyna. Aż wreszcie – pękła. Od nadmiaru tego niedobrego, niedojrzałego, smutnego.

Książka Tolle, którą uważam za absolutną rewelację, rozpoczęła we mnie absolutnie nowy proces. Niesamowite, że w zetknięciu z tą nową formą, słowem, które szybko przemieniło się w ciało, kontrola osiągnęła niemal stały element mojego życia. Bo kiedy świadomość łapie kiepskie myśli – te z automatu przestają działać. Z czasem walka przybiera na sile. Stare nawyki kontra nowe pragnienia bycia wolnym. A pragnienie to na szczęście przybiera na sile.

Kiedy jednak wpuszczam te promyki słońca, dociera do mnie piękno chwil – smak kawy, powiew wiatru na ciele, zapach ziemi – uśmiech zalewa moją duszę. Jestem wtedy spokojem. Oddechem. Ładem. Jednością. Szczęściem. I miłością.

Spędziłam z MUFem i dziećmi upojne 5 dni w lesie, nad jeziorem tak czystym, że pływały w nim raki. Ukojenie, którego nie zmąciła nawet kilkudniowa walka z bólem po wyrwanym zębie. Ziemia. Jezioro. Wiatr. Las. Wiatr. Słońce. Deszcz. Cuda, istne cuda. I to we właściwym czasie. W najwłaściwszej chwili wyłuskanej z nowego harmonogramu nauki lepszego.

Nagle mam w sobie więcej dystansu. Mniej złych myśli. I choć powrót do miasta okupiłam złością, i choć wiem, że ta walka dopiero na dobre się rozpoczęła, to jednak uczucie ukojenia nie znika. Jest. Obok. Na wyciągnięcie dłoni. Myślę więcej próżniowo – czyli stricte planowo, mniej etykietowo. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. To dopiero początek. Ja to wiem.

Potok myśli.. znowu go mam. Siedzę i pisząc, z poukładanych powolnie słów, płynie do mnie ponownie lawa myśli. Próbuję je delikatnie odsunąć, by nie zalały mi monitora niepotrzebnymi przemyśleniami i pustostanami emocji.

Słońce za to, odsunąwszy w końcu wielkie chmurzyska, zalewa mój balkon na którym siedzę promieniującym ciepłem. Na stole kubek z resztką kawy. A na twarzy uśmiech. Dacie wiarę? Uśmiech. I oddech.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii emocje, o mnie ze mną

 
 

  • RSS