RSS
 

Obrażona na śmierć (5)

29 paź

5

 Te ciągłe pytania. Zalewające umysł niczym wartki strumień wody ze źródła mojego niepewnego Ja. Czy istnieje coś takiego jak pech? Albo zły urok? Przekleństwo życiowe? Wada systemowa, która z upartością osła, będzie wpływać na nieudane związki miłosne? Rzecz jasna, rozum odrzuca z automatu takie teorie. Bo życie nie jest aż tak rewolucyjnie proste i bajkowo przewidywalne. Moje własne wyobrażenia na temat klątwy dają dość proste, z teoretycznego punktu widzenia, równanie. Zawsze gdzieś może się ona rozpocząć, i w tym samym miejscu zakończyć – wystarczy użyć  tych samych formuł, składników, esencji, zaklęć, być może w odwrotnej kolejności, lub nieco modyfikując ich jakość, czy ilość. Ale zwykle jest to stan, teoretycznie, odwracalny. Tymczasem życie ludzkie, bez tej otoczki bajkowej magii – to przecież wybuchowy koktajl szalonych form: osobowości (z którą przychodzimy na ten świat), charakteru (jaki tworzymy i modyfikujemy w ciągu całego życia), doświadczeń (jakie zyskujemy po drodze) oraz genetyki.

Ten ostatni składnik jest, w moim osobistym odczuciu, najbardziej przerażający. Cała ta nieprzewidywalność z jaką geny układają się ze sobą i tańczą podczas procesu skrajnie nieodwracalnego i absolutnie niezależnego od naszej woli, czy chęci, napawa swoistym strachem. Bo ja, jako człowiek, pragnę mieć, jak chyba każdy, kontrolę nad wszystkim. Nad każdym skrawkiem życia i śmierci. Bo my, jako gatunek ludzki, chcemy by świat stanowił dla nas przewidywalne i łatwe do kierowania „urządzenie”, nigdy nie smagane żadną awarią, czy odrębną od nas wolą. Tymczasem ilość pokoleń, jakie istniały przed nami, a tym samym ilość zawartych w nich dramatów, wojen, chorób, gwałtów, sukcesów, szaleństw, uzależnień, porażek, wypadków, przypadków, miłosnych historii, podróży, zwycięstw, nagród, czy kar – staje się wręcz liczbą nieskończoną. Zawarta w samej genetyce tajemnica oraz ilość nieodkrytych jeszcze prawd, stanowi największą niewiadomą w każdej cząsteczce współczesnego Ja.

A właściwie – to dlaczego ten element dziedziczny tak bardzo mnie przeraża? W końcu, jeśli coś jest niezależnego ode mnie, od mojej woli, chęci, potrzeby – to po cholerę denerwować się i martwić? Nie lepiej odpuścić sobie i żyć tak, jak się da najlepiej, bez oglądania się za siebie? Ach, ileż to pytań tego typu potrafiło przez lata spowijać moją głowę. I tak wiele odpowiedzi z pełnym poziomem racjonalizacji strachu, nie dokonało procesu neutralizacji mojej skazy. To tak, jakbym miała złośliwie wgrany w mój twardy dysk wadliwą ścieżkę programu, która niezależnie od ilości restartów, aktualizacji, wsparcia dodatkowymi elementami – wciąż działała nie tak, jak potrzeba. Terapia jedna, druga, trzecia, książki psychologiczne, poradniki, spotkania z mądrymi i uduchowionymi ludźmi, medytacje, joga. Nic. No, prawie nic. Ot, tylko drobne, wyprasowane miejsca na milionach wgnieceń i zniekształceń umysłu. Dające krótkie odbicia od powierzchni. Śmiałe refleksy światła, dzięki czemu moje myśli przemieszczały się, na krótką chwilę, na stronę większego luzu umysłowego. Lecz szeroka, utwardzana przez lata autostrada myśli, kompulsywnie kręcących się wokół Lęku i tak pozostała tą najczęściej uczęszczaną. To nie jest umysłowy software. Tylko hardcorowy hardware.

Chłopcy. Koledzy. Przyjaciele. Kuzyni. Kumple. Współpracownicy. Szefowie. Podwładni. Każdy osobnik męskiego gatunku od samego początku, już od pierwszych spotkań jeszcze w przedszkolnych przestrzeniach, jawił mi się jako lustrzane odbicie. Mogłam co najwyżej popatrzeć. Dotknąć zimnej tafli. Poprzeglądać się w ich oczach – raz dostrzec swoje piękno, innym razem – swą upiorną wersję. Lecz nigdy nie mogłam wyciągnąć ich stamtąd. Z tej cholernej drugiej strony. A może… A może to ja trwałam całe życie po tamtej stronie,  a nie oni? Może to ja byłam tą lodowatą taflą, zerowym ciepłem, murem, odbiciem tego, co oni chcieli zobaczyć w sobie samych?

W tej sferze żyłam jak w matni. Wieczna powtarzalność. Przewidywalność. I ciągle to samo. I tylko trzy ścieżki możliwości.

Typ pierwszy. Rzadki przypadek, lecz najgłębiej żłobiący krwiste ścieżki w mym rozedrganym sercu. Pojawiał się zawsze z iście rycerskim przytupem. Romantyczny do bólu. Gotowy góry przenosić. Ze mną na jego rękach. Porywał mnie swoim romantycznym słowem. Zabierał do lasu. Z bukietem kwiatów. Prezentami. Spędzając ze mną szalone minuty w jeszcze bardziej szalonych godzinach. Chodzący „Pan Przeznaczenie”. Czary-mary-marzenia-się-spełniają. Lecz jak szybko się pojawiał, tak i szybko znikał. Najpierw więc pojawiało się jego milczenie. Jakby język gdzieś w gębie gubił. Potem zatracał umiejętność nazywania swoich uczuć („Nie wiem, co się ze mną dzieje! Nie rozumiem tego!”). Następnie unikał mnie jak ognia. Nie odbierał telefonów. Nie odpisywał na wiadomości. Uciekał. A na koniec udawał, że nigdy się nie poznaliśmy. Że nasze wilgotne i słodkie wargi nigdy się nie zetknęły w iskrzącej wzdłuż całej linii kręgosłupa wersji. Że nigdy nie zmiękły mu kolana, a gwiazdy nigdy nie posypały się na moje ramiona. I zawsze ta sama odpowiedź – o ile w ogóle padała – brzmiała wciąż identycznie: „Ja naprawdę nie wiem, co się ze mną stało. Przepraszam. Nie zasłużyłem sobie na twoje uczucie”. Ta pieczęć, jaką po sobie zostawiał, naznaczała mnie długim – wieloletnim często – obrzydliwym cierpieniem. Niepogodzeniem. Żalem i równie żałosnym skowytem. Skarżeniem się każdemu napotkanemu na to cholerne przekleństwo. Bo przecież to był ON. Ten jeden On, ten mój jedyny! Więc czemuż, aż czemuż on mnie zostawił? Tak być nie powinno! I dostawałam oczekiwane wsparcie. Pompowanie tej cholernej, pustej nadziei, że on jeszcze wróci. Przemyśli. Że w pierś się uderzy. Przeprosi. Uklęknie. I już nie opuści. Do końca życia. Lecz te nadzieje nigdy się, rzecz jasna i oczywista, nie ziściły.

Typ drugi. Najczęściej występujący po mojej stronie lustra. Typ mężczyzny, co to może i by chciał, ale nie potrafi / nie może / nie powinien.  Kontakt wzrokowy – zawsze intensywnie ze mną nawiązywany. Splatający palce z moimi, gdzieś pod stołem, w pustej windzie, za rogiem ulicy, w ciemnym zaułku, w wielkiej tajemnicy. Tulący. Za Drzewem Życia chowający swoje rozpulchnione czekaniem serce. Odzierający się ze wszelkich tajemnic życia tylko mi zdradzanymi, nikomu innemu, tylko mi. Bo w końcu jestem tak niesamowicie piękna i mądra, że otwieram z automatu ich poplątane dusze. Budziłam ich pełne zaufanie. Tak zupełnie naturalnie. W ich oczach byłam magiczną postacią. Aniołem. Elfem. Gwiazdką. Słoneczkiem. Wszechświatem. Boginią. Ich od zawsze istniejącym Marzeniem. „A co z moim marzeniem?” – pytałam. „Nie wiem.” – odpowiadali ciągle to samo. – „Ja nie potrafię się w tobie zakochać. Nie zasłużyłem sobie na miłość twą. Skrzywdzę cię. A tego się boję.”. Nie uciekali. Na bok tylko odchodzili. Na chwilę opuszczali. Po czym powracali. Jak do bezpiecznego portu – we mnie mieli zawsze swoje ukojenie. Zrozumienie. Empatię. Wsparcie. Współczucie. Obecność. Lecz moje Ja nigdy się w tym układzie nie liczyło.

Typ trzeci. Wyjątkowo trudny do zniesienia. Irytujący. I do szału doprowadzający. Wytrzepujący duszę ze wszelkiej wrażliwości. Empatii. Zrozumienia. Współczucia. Typ nieszczęśliwie we mnie zakochany. Bez wzajemności, rzecz jasna. Lecz mimo to, uparcie walczący o każde spotkanie. Podwijający każde spojrzenie ku własnej nadziei. Trudno znoszący prawdę. Nieakceptujący jej. Odrzucający. I dzwoniący wciąż i wciąż od nowa. Żebrzący o chwilę razem. Śmiertelnie przerażający swym maniakalnym uporem. Zadający w zamian za odrzucenie – najcięższy cios w plecy. Wbity nóż – zdradzoną niewłaściwej osobie największą tajemnicę, wyśmianie, publiczne poniżenie. Osobnicy ci potrafią być cierpliwi nawet w zadawaniu tego typu ciosów. Czekać mogą latami. I gdy najmniej się tego spodziewałam – uderzali z przytupem. Niszcząc i depcząc. Bo kiedyś ja powiedziałam im „NIE”.

 
 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS