RSS
 

Archiwum - Listopad, 2016

Obrażona na śmierć (8)

21 lis

8

 Wiele, naprawdę wiele długich lat szarpałam się z tamtymi doświadczeniami. Od początkowo przymusowej i koniecznej dla własnego dobra akceptacji, poprzez nienawistne odrzucenie i wszelką negację. Poprzez próby odnalezienia podobnych cząsteczek w napotykanych po drodze ludziach, po nieme wykrzykiwanie żalu i zrzucanie całej życiowej winy, niczym bomby wodorowej, na rodzicielskie, niedojrzałe przepychanki. Lecz dziś wiem jedno – nie chcę być sędzią absolutnym w tej sprawie. Nie znam wszystkich tajemnic, jakie wymłócili między sobą moi rodzice. Moja własna pamięć chyba już na trwałe usunęła ze wspomnień większość ciągów zdaniowych i znaczeniowych, pozostawiając jedynie drobinki pyłu i kurzu pomiędzy pojedynczymi słowami.

Lecz mimo dziur większych niż we szwajcarskim serze – brzmią we mnie nadal rzeczy i sytuacje, których wymazać nie potrafię. Które są moje i mną będą zawsze. Nie rodzicami. Nie wyborami, jakich dokonali lub jakich nie poczynili. Nie tajemnicami. Nie listami. Nie ich pięściami. Nie zgrzytaniem zębów. Bo oto ja. Ja jestem. JA! A jestem dzisiaj niczym stary, wiekowy i mocno powycierany film na wielkiej taśmie, z pociętymi nożyczkami seriami, naprędce posklejanymi taśmą malarską, byle jak i byle gdzie. Tam emocja, tu kilka słów wykrzyczanych zbyt głośno; tam gniew, tu strach; tam lojalność i tu lojalność; śledź i donoś; zatajaj i kłam. Kochaj mnie. Mnie kochaj bardziej. Nie mów „dzień dobry”. Kłaniaj się ładnie. Udawaj, że nie widzisz. Uśmiechaj się ładnie. Zatrzaskuj drzwi przed nosem. Wchodź po schodach. Nie jeźdź windą. Przytrzymuj drzwi grzecznie. Nie bój się porozmawiać chwilę. Bądź grzeczna. Bądź mściwa.

Kołowrotek oczekiwań. Jakby nie wystarczyło, że i tak jestem niedoskonała od urodzenia. Nie taka, jak potrzeba. Nie blondynka. Nie Bogumiła. Nie porażająco inteligentna. Nie. To nie wystarczyło. Teraz musiałam stanąć na wysokości zadania i biegać pomiędzy dwoma wrogimi obozami. Przemierzając każdego dnia i każdego wieczoru szerokie i niebezpieczne pole minowe. A wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, jedno niewłaściwe dobrane słowo, by posypał się na moją głowę grad wściekłości, żalu, furii, negacji, odrzucenia. Uczyłam się więc każdego dnia balansować na cienkiej granicy pomiędzy względną i cichą akceptacją a jawnym, krzykliwym niezadowoleniem. Nauczyłam się badać swoim lakmusowym papierkiem Serca każdą ich złożoną emocję, jaką tylko wyciskały wszystkie pory w ich ciałach. Nigdy wprost. Zawsze zaszyte. Schowane. Zamiecione. Zakamuflowane. I zaszyfrowane przekazy. I to ja miałam poznać ten kod. Ja miałam złamać tajemnicę Enigmy. Bez podpowiedzi. Bez książek. Poradników. Wskazówek. Bez nauczycieli. Bez instrukcji.

Stałam się więc kujonem na wielkiej wojnie emocjonalnego przetrwania. Na wojnie, której celem było utrzymanie tego małżeństwa. Utrzymanie rodziny. Posklejanie wszystkich roztrzaskanych cząstek, tak by śladu nie było. Jakby tego było mało – sama sobie dołożyłam obowiązku trzymania młodszego brata z dala od tych rozlicznych i bolesnych przepychanek. On miał trwać w błogiej nieświadomości. On miał żyć normalnością, a nie podszytym pod skórą lękiem o każde jutro i każde dzisiaj. Brat miał rosnąć i cieszyć się życiem. Widzieć świat tylko w jasnych i pozytywnych barwach. Dlatego stałam się dla niego drugą, młodszą matką. Opiekunką ze skrzydłami. Zawsze blisko. Zawsze obok. Zawsze chętna do tulenia, do zabawy, do uczenia nowych słów, tłumaczenia świata wkoło nas.

Mój własny świat był tylko mglistą przestrzenią. Pełną bagien. Min. Broni największego rażenia. I wielu pułapek w pozornie bezpiecznych miejscach. A przecież, oprócz tego, był też drewnianym biurkiem. Wiecznym piórem. Kałamarzem z niebieskim atramentem. Zeszytami w linię i kratkę. Ołówkiem. Kredką. Gumką. Linijką. Ekierką. Czerwonym marginesem. Domowym zadaniem. Zapowiedzianą klasówką. Dyktandem. Lekturą do przeczytania na wczoraj. Jak więc mogłam być perfekcyjna tu i tam jednocześnie? A przecież musiałam. Bo tego ode mnie oczekiwano. Nikt forów mi nie dawał. Nikt nie interesował się tym, czy mam siły, chęci, moc sprawczą, czy motywację.

Lawirowałam więc pomiędzy potrzebami innych, a ich oczekiwaniami związanymi ze mną. Pomiędzy wybuchowymi humorami, a nostalgicznymi nastrojami. Pomiędzy klasówką z matmy (której nie znosiłam), a zadaniem z polskiego (którego z kolei uwielbiałam). Siliłam się na grzeczne zachowanie w szkole, by nie otrzymać żadnej uwagi do dziennika, a zachować sympatię każdego nauczyciela do mojej osoby. Walczyłam o każdą dobrą ocenę, by na zebraniu moi rodzice nie musieli się mnie wstydzić, a w domu nie unosili głosu z dodatkowego powodu. Zaczęłam się tym samym coraz bardziej bać tego, co się stanie, gdy w końcu nie podołam, gdy któregoś dnia przegram tę walkę i nie zadowolę którejś ze stron. Co jeśli utracę sympatię? A co jeśli utracę miłość?

I to właśnie ten Lęk stał się niezmienną wykładnią mojego istnienia, moją codziennością, moim każdym oddechem, westchnieniem, ciała poruszeniem. Początkowe, dziecinne moje istnienie oparte o uważne wyczuwanie emocji najbliższych i walkę o ich miłość oraz uwagę, zostało w tamtym czasie wzmocnione i zwielokrotnione o spełnianie cudzych oczekiwań. Z czasem ich wyobrażenia, zaczęły stawać się moimi. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wiele razy przyszło mi już w dorosłym życiu usłyszeć, że jestem jak chorągiew na wietrze – zmieniam zdanie w zależności od tego, co uważa osoba najbliżej mnie lub najsilniej odznaczająca się swoim Ja tuż obok mojego.

Mój świat stał się więc podwójny. Dualistyczny. Na swój sposób wręcz schizofreniczny. Wielowarstwowy niczym skorupa ziemska. Poukładany i grzeczny w każdym kontakcie na zewnątrz. Idealny. Usztywniony do granic możliwości. Momentami aż nienaturalny – niczym manekin na sklepowej wystawie. Ale przecież o to chodziło. Patrzcie na nią – ach i och! Jakiż łatwy do zarządzania przedmiot. Pstryk – i robię wszystko, czego tylko chcecie. Pstryk – ukłon. Pstryk – uśmiech. Pstryk – słodka małpka. Pstryk – w sukieneczce na ławeczce z rączkami na kolanach. Ale w odwiecznej głębi mnie samej, za wieloma zakrętami Duszy, za setkami mórz wylanych do poduszki łez, w miejscach ukrywanych lata świetlne przed całym światem – mieściła się cała moja zbrojna kakofonia. Mieszanina przyprawiająca o zawrót głowy i mdłości. Nienaturalna. Niepoukładana. Bo i romantyzm. I szaleństwo. Luz życiowy. Krzyk i wrzask. Płynięcie pod prąd. Odrzucanie wszelkich norm. Niechęć. Nienawiść. Brak ograniczeń. Łamanie zasad. A przy tym wszystkim wydziergane nostalgicznie oczekiwanie do bycia noszonym na rękach. Obsypywania prezentami. Pragnienie do życia w luksusie, bez szansy na strach o Jutro.

Minie wiele lat nim ta twarda skorupa w końcu drgnie i lawa moich ukrywanych pragnień wypłynie na powierzchnię, po raz pierwszy napotykając światło dzienne. Wtedy jednak będzie już za późno na łagodne lądowanie. A rodzinna tkanina więzi zacznie się na dobre pruć.

 

Obrażona na śmierć (7)

12 lis

7

 I przyszedł w końcu taki dzień, jak dziś. Kiedy to pamięć dokonuje z dziką lubością przewrotu na drugą, ciemną stronę mojego Ja. Znikąd wręcz nadszedł niespodziewany cios w samą twarz. Ot, takie nic. Zwyczajne życie. Tu-i-Teraz dogonione przez Przeszłość. Sama się o siebie upomniała, wysyłając na mojego maila powiadomienie o nowym utworze śledzonego przeze mnie studia muzycznego umieszczonego na portalu YouTube. Kliknięcie – raz. Głośniki – dwa. I krótki pstryczek włączył całą kaskadę filmowych kadrów.

Wspomnienie miejsca i przestrzeni stają się jednej chwili bardzo wyraźne. Oto ciemna, wielka hala widowiskowa w katowickim Spodku. Wypełniona po same brzegi kolorowymi ludźmi. Nie rozróżniam twarzy. Są jak kolorowanka z malutkimi kropeczkami w wielkim morzu ciał. Rok bodaj ’89. A ja mam jedenaście lat. Tamtego wieczoru siedzę niczym trusia obok ojca. Zamiast matki. Nie powinno mnie tam być. Ale jednak – byłam. Struchlała i przejęta. Bo musical. Bo wydarzenie roku. Bo znaczące religijnie, a tym samym wzniosłe aż do bólu. Jesus Christ Superstar. Po polsku. Z drewnianym krzyżem na środku wielkiej sceny. Czy ja aby na pewno powinnam była tam być? Czy jestem aż nadto dojrzała, by zrozumieć złożoność tej znanej skądinąd historii biblijnej? Lecz pomijając sens mojej dojrzałości wtedy. Większym i bardziej dojmującym pytaniem było to: dlaczego ja? Dlaczego nie mama? Dlaczego między mamą i tatą jest teraz tak cholernie źle? Czy to ostatni mój raz spędzony z tatą? Czy to jest nasze pożegnanie?

Miliardy pytań kotłowało się tamtego wieczoru w mojej nastoletniej już głowie. Na scenie Judasz wykrzykiwał swoje wielkie rozczarowanie i obawy Jezusowi, dzieląc się swoim lękiem i rozpaczliwym krzykiem błagając go o powrót do tego, co było kiedyś. A ja patrzyłam na scenę, lecz dźwięki, aktorzy, muzyka, które znałam z wcześniej wysłuchanej w oryginale po miliard razy płyty – niknęły w puszce przerażonego umysłu. Panika jaka mnie obejmowała miała lodowate ramiona. Pragnęłam uciec. Wziąć tatę za rękę i wrócić do naszego mieszkania. Usiąść w dużym pokoju z wielkim, drewnianym zegarem i przy filiżance gorącej herbaty zobaczyć znowu jak razem się śmieją. Jak grają w karty. Rozmawiają. Spierają. Droczą ze sobą. Kochają.

Gdy wychodziłam kilka godzin wcześniej z tatą ramię w ramię – mieszkanie zajmował lód nienawistnego spojrzenia matki. Oszraniał ściany. Oziębiał sufit. Zamrażał podłogę. Cisza panująca między rodzicami stawała się od kilku tygodni coraz bardziej i coraz mocniej, do bólu nieznośna. A niewyjaśnione mi skądinąd milczenie, przeplatane było co rusz wrogimi i wściekłymi komentarzami dnia codziennego – rozkazami, ustaleniami co trzeba zrobić, kupić, wykonać. Byłam w samym środku cyklonu – w jego oku – maleńkiej wyspie – w zdumiewającym pokoju ciszy, w szyby którego waliła najgorsza wersja życiowego chaosu. Byliśmy tam razem, ja i mój młodszy, trzyletni brat. Małe dziecko mające w głowie jedynie zabawę autkami oraz ja, nastolatka, która w jednej chwili musiała dorosnąć. I sama sobie wyjaśnić skomplikowany świat dorosłych rodziców.

Nikt do mnie nigdy nie przyszedł. Nie usiadł. Nie opowiedział. Nie poradził. Nie utulił. Nie przeprosił. Nie ukoił. Nie zapewnił, że ja nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Że ich uczucia to tylko kwestia przyciężkiej chwili. Że któregoś dnia przeminie. Lecz miłości do mnie za żadne skarby nie zmieni. Nie było żadnej rozmowy. Był za to unik smutno uśmiechniętego ojca. Oraz żółty i wstrętny jad matki wylewany co rusz pod moje nogi. Słowny jad. Obrzydliwy i cuchnący. Lecz musiałam po nim stąpać. Nie wolno mi było pytać. Nie wolno mi było komentować. Tłumaczyć. Opowiadać o sobie. Nie istniałam tam ja. Nie istniał mój brat. Liczyli się tylko oni. Dwójka dorosłych rodziców na największym życiowym zakręcie.

Musical trwał długo. Stanowczo zbyt długo. Za oknami był późny wieczór. I chłód zaawansowanej jesieni. Nie pamiętam zbyt wiele. Jedynie własne pragnienie, by wrócić do domu, w którym ktoś na moich oczach machnie w powietrzu magiczną różdżką i przywróci normalność i bezpieczeństwo. I ciepło ogrzeje mury. I stopi lód. I otuli kocem. Zmyje jad z podłóg. Pokrzepi serca. Wleje nadzieję. Umocni wiarę.

I wtedy właśnie umiera Jezus. Na scenie. Na krzyżu. Z koroną z cierni na głowie. Rozlega się znowu ten słynny, musicalowy motyw muzyczny. A ja czuję na swojej ręce mocno ściskaną przez ojca dłoń. Oraz jedną jego łzę, która swoją podróż zakończyła na mojej chłodnej od strachu skórze. Spojrzałam w oczy ojca. Szklące się. Błękitne. Szczere. I miłujące. Jakby przepraszające za wszystkie paskudne chwile, które dopiero przed nami. Lecz zanim zdążyłam podążyć za jego źrenic drogowskazem – ta chwila przeminęła. Musical dobiegł końca. Kurtyna opadła. A światła z pełną mocą oślepiły widzów. I tę parę oczu utkwionych w moim ojcu kilka rzędów dalej. Znanych mi oczu. Sąsiedzkich oczu. Kobiecych oczu. Tych samych, które kilka tygodni wcześniej wstrząśnięte i zaskoczone obserwowały moją matkę i mnie na zmianę.

- Mam dla was bilety! Na musical „Jesus Christ Superstar”!

Lecz zamiast wybuchu radości – nastąpiła reakcja gniewna i nienawistna, a wiązanka uruchomiona z ust mojej matki, zaskoczyła nas obie. Mnie i tamtą kobietę.

- Wynoś się dziwko z mojego domu! Nie chcę cię więcej u siebie widzieć!!!

Trzaśnięte drzwi z trudem przetrwały na metalowych zawiasach. Stałam oniemiała. Nie wierząc w to, co się właśnie wydarzyło.

- Ależ, mamusiu, przecież to ciocia!

Moja mama musiała się przecież pomylić. Musiała coś przegapić. Może jest chora? Coś źle zrozumiała? To niemożliwe. To jakiś absurd. Anomalia pogodowa. Nic więcej. Błąd systemu. Chwilowa awaria. Restart pomoże. Dlatego pozwalam by moje słowa nabrały mocy. Wykrzyknikiem je kończę. I czekam z nadzieją, że zmieni zdanie. Że drzwi otworzy i zaczną się śmiać obie. A ja odetchnę z ulgą i wrócę do swojego pokoju. Do nieodrobionych lekcji. I mojego niedojrzałego jeszcze życia. Lecz system nie daje się udobruchać.

- To nigdy nie była twoja ciocia! Nigdy więcej tak o niej nie mów! Zabraniam ci spotykania się z nią. Rozmawiania. Nie masz prawa mówić jej dzień dobry ani do widzenia! Od dziś ma być twoim wrogiem! Tak jak stała się moim!

Tamten musical był pierwszą zdradą córki wobec własnej matki.

Pierwszą randką po piekle.

O ironio, z Jezusem pod ramię.

 

Obrażona na śmierć (6)

08 lis

6

Zanim dorosłam i zanim zaczęłam to wszystko szufladkować, nadawać nazwy, układać, kategoryzować, dodawać silnię, wykrzyknik lub pierwiastek mocy – kręciłam się wokół własnego ogona, w upiornym przekonaniu, że nikt mnie nigdy nie pokocha. Bo przecież gdy tylko lekko muskało mnie szczęście, to już po chwili lądowałam w jakiejś czarnej, gęstej niczym smoła mazi samotności. Nie rozumiałam tego. Cierpiałam. Smuciłam się. Wzrok zawsze miałam utkwiony w jakimkolwiek widoku za oknem. Ulatywał w miejsca, gdzie nie ma cierpienia duszy. Gdzie wszystko zawsze ma swój happy ending story. Jak w bajce.

Jako dziecko nad wyraz rzadko się śmiałam. Rzadko cieszyłam życiem. Smętna do bólu. Zamyślona. W głąb siebie wpatrzona. Analizująca na miliony sposobów, co uczyniłam znowu nie tak, że mnie odrzucono. Bo rzecz była aż nazbyt oczywista – wina leżała zawsze po mojej stronie. I tak oto sobie żyłam. Smutna, biedna Alicja. Czując każdego dnia coraz mocniej, że moje życie może na wieki wieków takie właśnie być – zamknięte w zimnych murach Odrzucenia, w wysokiej wieży Samotności, bez drzwi i schodów. Bez sznura, czy drabiny. Nawet bez długiego warkocza Nadziei. Stałam się więc gdzieś tam po drodze zwykłym odludkiem. Dziwolągiem, z którego zawsze można się pośmiać. Bo jak ktoś cierpi z niespełnionej miłości, bo jak za wszelką cenę pragnie chce mieć chłopaka – to przecież śmiech na sali! Bo czyż nie lepiej bawić się życiem, zamiast tak chorobliwie pragnąć cudzego uczucia?

Nie rozumiałam więc i tego mojego Smutku. Zawsze pisanego wielką literą. Z resztą, na dobrą sprawę to każda moja emocja była wypalana na skórze ogniem drukowanych liter. Przyjaźń (dla przykładu) – to tylko taka na śmierć i życie, z totalnym, bezbrzeżnym zaufaniem. Zaufaniem, jakiego nie wolno było nigdy, przenigdy zbrukać kłamstwem lub zdradą. Ograniczałam do minimum podejmowane ryzyko – przyjaciółka – tylko jedna. Kolegów – najlepiej w ogóle, albo tylko do roli machnięcia ręką na powitanie, czy pożyczenia zeszytu po chorobie w celu nadrobienia braków. Potem zostawali już tylko mama i tata. I świat stawał się dzięki temu o wiele prostszy. Bardziej przewidywalny. Ot, mniej komplikacji. Mniej ślepych uliczek. Mniej zawirowań. Mniej cierpień. Mniej łez.

Przez długi czas pod pojęciem „koleżanka” – kryła się dla mnie postać dziewczęca, a później kobieca, którą widywałam może i niemal codziennie, z którą może i wymieniałam zdania, opinie – ale robiłam to tylko dlatego, że los nas do tego zmusił. Zamieszkiwałyśmy jedną, małą planetę, jaką była wspólna klasa, szkoła, studia, czy praca. Minimalna sfera wspólnych spraw – to minimalna sfera zagrożeń, od których roiły się zawsze ludzie interakcje. A ja pragnęłam jedynie akceptacji. Poziomu zwykłego lubienia. Uśmiechu. Niewymuszonego i miękkiego „hej!”, bez twardego brzmienia „cześć”. Wspólnego działania, wzajemnej pomocy – jeśli nastąpi takowa potrzeba. I tyle. Aż tyle. I tylko tyle. Finito.

Lecz przyjaciółka – to istota nad wyraz pełna odpowiedzialnych funkcji, jakie posiadać musiała. Wysoko postawiona poprzeczka rozpoczynająca się na poziomie olbrzymiego zaufania w niej pokładanego, a kończąca na niemal pełnej dyspozycyjności względem wspólnie spędzanego czasu. Wiadomo – kiedy pojawiały się oczywiste przeszkody, takie jak nieodrobione lekcje, rodzicielskie kary (tzw. szlabany), czy choroby – nie było mowy o wspólnym szybowaniu w przestworzach naszej wyobraźni. Odrobina czasu spędzonego na rodzinnym gruncie, też musiała być odbębniona. Ale potem liczył się tylko ten wspólny czas. Zabawy w dorosłość. Sekrety jakimi tętniły nasze dziecięce serca. Słowa mistrzowsko splatane wraz z dłońmi i wyrytymi na nich najpiękniejszymi marzeniami.  Nogi wyrzucane zawsze w tym samym rytmie. Śmiech. Łzy. Wymiana doświadczeń. Rady w duchu empatii i pełni wyrozumiałości dawane drugiej. Wspólne wyprawy na drugi koniec świata w poszukiwaniu skarbów ukrytych, gdzieś za rogiem bloku. Tajemnice. Wyobrażenia spisywane na kartkach podartych zeszytów. Ta wspólnota była jak druga para skrzydeł, bez których mogłyśmy co najwyżej szurać po ziemi w zbyt miękkich, znoszonych już kapciach.

Moja wewnętrzna konstrukcja duszy była nader zaskakującą wersją lojalności . Kiedy dziś na nią patrzę, to widzę cholernie skomplikowany system obronny, tworzony w tak licznych detalach, że sam mistrz Michelangelo nie znalazłby ani rozwiązania, ani początku, ani też końca równania. Stabilność tego tworu miała dać mi wiekuistą pewność, że nikt, ani nic, mnie już więcej nie skrzywdzi. Nie zrani. Nie zedrze brutalnie uczucia szczęścia i przynależności do kogoś, kto kocha, szanuje, lubi prawdziwie. Lojalna więc byłam do bólu. Skryta i milcząca na temat prawdy, którą codziennie zamiatałam pod dywan, nie chcąc widzieć żadnego pyłku, żadnego skołtunionego kurzu, żadnych nitek, ani szkła roztrzaskanych nadziei. Za to zawsze i wszędzie będąca, wiernie przesiadująca pod drzwiami serca. Czekająca i ufna. Bez względu na ból, który i tak się któregoś dnia musiał pojawić.

Ból dawał mi tylko parcie na więcej. Na pogłębianie doliny Pragnień. Na kolejne zakręty, uniki, ucieczki, czy na wzmożone prace nad komplikowaniem istniejącego już wzoru. Na umacnianiu miejsc wszelkiej korekty. Dzięki temu moja lojalność zyskiwała swoją nową wersję, ja zaś stawałam ponownie do boju. O kogoś na własność.

 
 

  • RSS