RSS
 

Obrażona na śmierć (6)

08 lis

6

Zanim dorosłam i zanim zaczęłam to wszystko szufladkować, nadawać nazwy, układać, kategoryzować, dodawać silnię, wykrzyknik lub pierwiastek mocy – kręciłam się wokół własnego ogona, w upiornym przekonaniu, że nikt mnie nigdy nie pokocha. Bo przecież gdy tylko lekko muskało mnie szczęście, to już po chwili lądowałam w jakiejś czarnej, gęstej niczym smoła mazi samotności. Nie rozumiałam tego. Cierpiałam. Smuciłam się. Wzrok zawsze miałam utkwiony w jakimkolwiek widoku za oknem. Ulatywał w miejsca, gdzie nie ma cierpienia duszy. Gdzie wszystko zawsze ma swój happy ending story. Jak w bajce.

Jako dziecko nad wyraz rzadko się śmiałam. Rzadko cieszyłam życiem. Smętna do bólu. Zamyślona. W głąb siebie wpatrzona. Analizująca na miliony sposobów, co uczyniłam znowu nie tak, że mnie odrzucono. Bo rzecz była aż nazbyt oczywista – wina leżała zawsze po mojej stronie. I tak oto sobie żyłam. Smutna, biedna Alicja. Czując każdego dnia coraz mocniej, że moje życie może na wieki wieków takie właśnie być – zamknięte w zimnych murach Odrzucenia, w wysokiej wieży Samotności, bez drzwi i schodów. Bez sznura, czy drabiny. Nawet bez długiego warkocza Nadziei. Stałam się więc gdzieś tam po drodze zwykłym odludkiem. Dziwolągiem, z którego zawsze można się pośmiać. Bo jak ktoś cierpi z niespełnionej miłości, bo jak za wszelką cenę pragnie chce mieć chłopaka – to przecież śmiech na sali! Bo czyż nie lepiej bawić się życiem, zamiast tak chorobliwie pragnąć cudzego uczucia?

Nie rozumiałam więc i tego mojego Smutku. Zawsze pisanego wielką literą. Z resztą, na dobrą sprawę to każda moja emocja była wypalana na skórze ogniem drukowanych liter. Przyjaźń (dla przykładu) – to tylko taka na śmierć i życie, z totalnym, bezbrzeżnym zaufaniem. Zaufaniem, jakiego nie wolno było nigdy, przenigdy zbrukać kłamstwem lub zdradą. Ograniczałam do minimum podejmowane ryzyko – przyjaciółka – tylko jedna. Kolegów – najlepiej w ogóle, albo tylko do roli machnięcia ręką na powitanie, czy pożyczenia zeszytu po chorobie w celu nadrobienia braków. Potem zostawali już tylko mama i tata. I świat stawał się dzięki temu o wiele prostszy. Bardziej przewidywalny. Ot, mniej komplikacji. Mniej ślepych uliczek. Mniej zawirowań. Mniej cierpień. Mniej łez.

Przez długi czas pod pojęciem „koleżanka” – kryła się dla mnie postać dziewczęca, a później kobieca, którą widywałam może i niemal codziennie, z którą może i wymieniałam zdania, opinie – ale robiłam to tylko dlatego, że los nas do tego zmusił. Zamieszkiwałyśmy jedną, małą planetę, jaką była wspólna klasa, szkoła, studia, czy praca. Minimalna sfera wspólnych spraw – to minimalna sfera zagrożeń, od których roiły się zawsze ludzie interakcje. A ja pragnęłam jedynie akceptacji. Poziomu zwykłego lubienia. Uśmiechu. Niewymuszonego i miękkiego „hej!”, bez twardego brzmienia „cześć”. Wspólnego działania, wzajemnej pomocy – jeśli nastąpi takowa potrzeba. I tyle. Aż tyle. I tylko tyle. Finito.

Lecz przyjaciółka – to istota nad wyraz pełna odpowiedzialnych funkcji, jakie posiadać musiała. Wysoko postawiona poprzeczka rozpoczynająca się na poziomie olbrzymiego zaufania w niej pokładanego, a kończąca na niemal pełnej dyspozycyjności względem wspólnie spędzanego czasu. Wiadomo – kiedy pojawiały się oczywiste przeszkody, takie jak nieodrobione lekcje, rodzicielskie kary (tzw. szlabany), czy choroby – nie było mowy o wspólnym szybowaniu w przestworzach naszej wyobraźni. Odrobina czasu spędzonego na rodzinnym gruncie, też musiała być odbębniona. Ale potem liczył się tylko ten wspólny czas. Zabawy w dorosłość. Sekrety jakimi tętniły nasze dziecięce serca. Słowa mistrzowsko splatane wraz z dłońmi i wyrytymi na nich najpiękniejszymi marzeniami.  Nogi wyrzucane zawsze w tym samym rytmie. Śmiech. Łzy. Wymiana doświadczeń. Rady w duchu empatii i pełni wyrozumiałości dawane drugiej. Wspólne wyprawy na drugi koniec świata w poszukiwaniu skarbów ukrytych, gdzieś za rogiem bloku. Tajemnice. Wyobrażenia spisywane na kartkach podartych zeszytów. Ta wspólnota była jak druga para skrzydeł, bez których mogłyśmy co najwyżej szurać po ziemi w zbyt miękkich, znoszonych już kapciach.

Moja wewnętrzna konstrukcja duszy była nader zaskakującą wersją lojalności . Kiedy dziś na nią patrzę, to widzę cholernie skomplikowany system obronny, tworzony w tak licznych detalach, że sam mistrz Michelangelo nie znalazłby ani rozwiązania, ani początku, ani też końca równania. Stabilność tego tworu miała dać mi wiekuistą pewność, że nikt, ani nic, mnie już więcej nie skrzywdzi. Nie zrani. Nie zedrze brutalnie uczucia szczęścia i przynależności do kogoś, kto kocha, szanuje, lubi prawdziwie. Lojalna więc byłam do bólu. Skryta i milcząca na temat prawdy, którą codziennie zamiatałam pod dywan, nie chcąc widzieć żadnego pyłku, żadnego skołtunionego kurzu, żadnych nitek, ani szkła roztrzaskanych nadziei. Za to zawsze i wszędzie będąca, wiernie przesiadująca pod drzwiami serca. Czekająca i ufna. Bez względu na ból, który i tak się któregoś dnia musiał pojawić.

Ból dawał mi tylko parcie na więcej. Na pogłębianie doliny Pragnień. Na kolejne zakręty, uniki, ucieczki, czy na wzmożone prace nad komplikowaniem istniejącego już wzoru. Na umacnianiu miejsc wszelkiej korekty. Dzięki temu moja lojalność zyskiwała swoją nową wersję, ja zaś stawałam ponownie do boju. O kogoś na własność.

 
 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS