RSS
 

Obrażona na śmierć (7)

12 lis

7

 I przyszedł w końcu taki dzień, jak dziś. Kiedy to pamięć dokonuje z dziką lubością przewrotu na drugą, ciemną stronę mojego Ja. Znikąd wręcz nadszedł niespodziewany cios w samą twarz. Ot, takie nic. Zwyczajne życie. Tu-i-Teraz dogonione przez Przeszłość. Sama się o siebie upomniała, wysyłając na mojego maila powiadomienie o nowym utworze śledzonego przeze mnie studia muzycznego umieszczonego na portalu YouTube. Kliknięcie – raz. Głośniki – dwa. I krótki pstryczek włączył całą kaskadę filmowych kadrów.

Wspomnienie miejsca i przestrzeni stają się jednej chwili bardzo wyraźne. Oto ciemna, wielka hala widowiskowa w katowickim Spodku. Wypełniona po same brzegi kolorowymi ludźmi. Nie rozróżniam twarzy. Są jak kolorowanka z malutkimi kropeczkami w wielkim morzu ciał. Rok bodaj ’89. A ja mam jedenaście lat. Tamtego wieczoru siedzę niczym trusia obok ojca. Zamiast matki. Nie powinno mnie tam być. Ale jednak – byłam. Struchlała i przejęta. Bo musical. Bo wydarzenie roku. Bo znaczące religijnie, a tym samym wzniosłe aż do bólu. Jesus Christ Superstar. Po polsku. Z drewnianym krzyżem na środku wielkiej sceny. Czy ja aby na pewno powinnam była tam być? Czy jestem aż nadto dojrzała, by zrozumieć złożoność tej znanej skądinąd historii biblijnej? Lecz pomijając sens mojej dojrzałości wtedy. Większym i bardziej dojmującym pytaniem było to: dlaczego ja? Dlaczego nie mama? Dlaczego między mamą i tatą jest teraz tak cholernie źle? Czy to ostatni mój raz spędzony z tatą? Czy to jest nasze pożegnanie?

Miliardy pytań kotłowało się tamtego wieczoru w mojej nastoletniej już głowie. Na scenie Judasz wykrzykiwał swoje wielkie rozczarowanie i obawy Jezusowi, dzieląc się swoim lękiem i rozpaczliwym krzykiem błagając go o powrót do tego, co było kiedyś. A ja patrzyłam na scenę, lecz dźwięki, aktorzy, muzyka, które znałam z wcześniej wysłuchanej w oryginale po miliard razy płyty – niknęły w puszce przerażonego umysłu. Panika jaka mnie obejmowała miała lodowate ramiona. Pragnęłam uciec. Wziąć tatę za rękę i wrócić do naszego mieszkania. Usiąść w dużym pokoju z wielkim, drewnianym zegarem i przy filiżance gorącej herbaty zobaczyć znowu jak razem się śmieją. Jak grają w karty. Rozmawiają. Spierają. Droczą ze sobą. Kochają.

Gdy wychodziłam kilka godzin wcześniej z tatą ramię w ramię – mieszkanie zajmował lód nienawistnego spojrzenia matki. Oszraniał ściany. Oziębiał sufit. Zamrażał podłogę. Cisza panująca między rodzicami stawała się od kilku tygodni coraz bardziej i coraz mocniej, do bólu nieznośna. A niewyjaśnione mi skądinąd milczenie, przeplatane było co rusz wrogimi i wściekłymi komentarzami dnia codziennego – rozkazami, ustaleniami co trzeba zrobić, kupić, wykonać. Byłam w samym środku cyklonu – w jego oku – maleńkiej wyspie – w zdumiewającym pokoju ciszy, w szyby którego waliła najgorsza wersja życiowego chaosu. Byliśmy tam razem, ja i mój młodszy, trzyletni brat. Małe dziecko mające w głowie jedynie zabawę autkami oraz ja, nastolatka, która w jednej chwili musiała dorosnąć. I sama sobie wyjaśnić skomplikowany świat dorosłych rodziców.

Nikt do mnie nigdy nie przyszedł. Nie usiadł. Nie opowiedział. Nie poradził. Nie utulił. Nie przeprosił. Nie ukoił. Nie zapewnił, że ja nie mam z tą sprawą nic wspólnego. Że ich uczucia to tylko kwestia przyciężkiej chwili. Że któregoś dnia przeminie. Lecz miłości do mnie za żadne skarby nie zmieni. Nie było żadnej rozmowy. Był za to unik smutno uśmiechniętego ojca. Oraz żółty i wstrętny jad matki wylewany co rusz pod moje nogi. Słowny jad. Obrzydliwy i cuchnący. Lecz musiałam po nim stąpać. Nie wolno mi było pytać. Nie wolno mi było komentować. Tłumaczyć. Opowiadać o sobie. Nie istniałam tam ja. Nie istniał mój brat. Liczyli się tylko oni. Dwójka dorosłych rodziców na największym życiowym zakręcie.

Musical trwał długo. Stanowczo zbyt długo. Za oknami był późny wieczór. I chłód zaawansowanej jesieni. Nie pamiętam zbyt wiele. Jedynie własne pragnienie, by wrócić do domu, w którym ktoś na moich oczach machnie w powietrzu magiczną różdżką i przywróci normalność i bezpieczeństwo. I ciepło ogrzeje mury. I stopi lód. I otuli kocem. Zmyje jad z podłóg. Pokrzepi serca. Wleje nadzieję. Umocni wiarę.

I wtedy właśnie umiera Jezus. Na scenie. Na krzyżu. Z koroną z cierni na głowie. Rozlega się znowu ten słynny, musicalowy motyw muzyczny. A ja czuję na swojej ręce mocno ściskaną przez ojca dłoń. Oraz jedną jego łzę, która swoją podróż zakończyła na mojej chłodnej od strachu skórze. Spojrzałam w oczy ojca. Szklące się. Błękitne. Szczere. I miłujące. Jakby przepraszające za wszystkie paskudne chwile, które dopiero przed nami. Lecz zanim zdążyłam podążyć za jego źrenic drogowskazem – ta chwila przeminęła. Musical dobiegł końca. Kurtyna opadła. A światła z pełną mocą oślepiły widzów. I tę parę oczu utkwionych w moim ojcu kilka rzędów dalej. Znanych mi oczu. Sąsiedzkich oczu. Kobiecych oczu. Tych samych, które kilka tygodni wcześniej wstrząśnięte i zaskoczone obserwowały moją matkę i mnie na zmianę.

- Mam dla was bilety! Na musical „Jesus Christ Superstar”!

Lecz zamiast wybuchu radości – nastąpiła reakcja gniewna i nienawistna, a wiązanka uruchomiona z ust mojej matki, zaskoczyła nas obie. Mnie i tamtą kobietę.

- Wynoś się dziwko z mojego domu! Nie chcę cię więcej u siebie widzieć!!!

Trzaśnięte drzwi z trudem przetrwały na metalowych zawiasach. Stałam oniemiała. Nie wierząc w to, co się właśnie wydarzyło.

- Ależ, mamusiu, przecież to ciocia!

Moja mama musiała się przecież pomylić. Musiała coś przegapić. Może jest chora? Coś źle zrozumiała? To niemożliwe. To jakiś absurd. Anomalia pogodowa. Nic więcej. Błąd systemu. Chwilowa awaria. Restart pomoże. Dlatego pozwalam by moje słowa nabrały mocy. Wykrzyknikiem je kończę. I czekam z nadzieją, że zmieni zdanie. Że drzwi otworzy i zaczną się śmiać obie. A ja odetchnę z ulgą i wrócę do swojego pokoju. Do nieodrobionych lekcji. I mojego niedojrzałego jeszcze życia. Lecz system nie daje się udobruchać.

- To nigdy nie była twoja ciocia! Nigdy więcej tak o niej nie mów! Zabraniam ci spotykania się z nią. Rozmawiania. Nie masz prawa mówić jej dzień dobry ani do widzenia! Od dziś ma być twoim wrogiem! Tak jak stała się moim!

Tamten musical był pierwszą zdradą córki wobec własnej matki.

Pierwszą randką po piekle.

O ironio, z Jezusem pod ramię.

 
 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Gee

    15 listopada 2016 o 10:17

    Kiedy ebook???:)

     
    • sade

      16 listopada 2016 o 09:32

      Gee – jeszcze nie wiem :) piszę wraz z każdą falą emocji, które wibrują we mnie i czekają na nazwanie i skategoryzowanie, na poukładanie na właściwej półeczce. Dziękuję Ci, że się tu pojawiasz :* wiele to dla mnie znaczy :)

       
  2. ~magdalena

    15 listopada 2016 o 22:46

    To Twoje opowiadanie, a raczej jego ciąg dalszy ? Sądząc po „7″.

     
    • sade

      16 listopada 2016 o 09:33

      Magdalena – oczywiście, że to część kolejna. Na stronie głównej masz wszystkie pozostałe :) Jeśli się podoba, to zachęcam do lektury :) pozdrawiam ciepło.

       
 

  • RSS