RSS
 

Obrażona na śmierć (8)

21 lis

8

 Wiele, naprawdę wiele długich lat szarpałam się z tamtymi doświadczeniami. Od początkowo przymusowej i koniecznej dla własnego dobra akceptacji, poprzez nienawistne odrzucenie i wszelką negację. Poprzez próby odnalezienia podobnych cząsteczek w napotykanych po drodze ludziach, po nieme wykrzykiwanie żalu i zrzucanie całej życiowej winy, niczym bomby wodorowej, na rodzicielskie, niedojrzałe przepychanki. Lecz dziś wiem jedno – nie chcę być sędzią absolutnym w tej sprawie. Nie znam wszystkich tajemnic, jakie wymłócili między sobą moi rodzice. Moja własna pamięć chyba już na trwałe usunęła ze wspomnień większość ciągów zdaniowych i znaczeniowych, pozostawiając jedynie drobinki pyłu i kurzu pomiędzy pojedynczymi słowami.

Lecz mimo dziur większych niż we szwajcarskim serze – brzmią we mnie nadal rzeczy i sytuacje, których wymazać nie potrafię. Które są moje i mną będą zawsze. Nie rodzicami. Nie wyborami, jakich dokonali lub jakich nie poczynili. Nie tajemnicami. Nie listami. Nie ich pięściami. Nie zgrzytaniem zębów. Bo oto ja. Ja jestem. JA! A jestem dzisiaj niczym stary, wiekowy i mocno powycierany film na wielkiej taśmie, z pociętymi nożyczkami seriami, naprędce posklejanymi taśmą malarską, byle jak i byle gdzie. Tam emocja, tu kilka słów wykrzyczanych zbyt głośno; tam gniew, tu strach; tam lojalność i tu lojalność; śledź i donoś; zatajaj i kłam. Kochaj mnie. Mnie kochaj bardziej. Nie mów „dzień dobry”. Kłaniaj się ładnie. Udawaj, że nie widzisz. Uśmiechaj się ładnie. Zatrzaskuj drzwi przed nosem. Wchodź po schodach. Nie jeźdź windą. Przytrzymuj drzwi grzecznie. Nie bój się porozmawiać chwilę. Bądź grzeczna. Bądź mściwa.

Kołowrotek oczekiwań. Jakby nie wystarczyło, że i tak jestem niedoskonała od urodzenia. Nie taka, jak potrzeba. Nie blondynka. Nie Bogumiła. Nie porażająco inteligentna. Nie. To nie wystarczyło. Teraz musiałam stanąć na wysokości zadania i biegać pomiędzy dwoma wrogimi obozami. Przemierzając każdego dnia i każdego wieczoru szerokie i niebezpieczne pole minowe. A wystarczył jeden nieprzemyślany ruch, jedno niewłaściwe dobrane słowo, by posypał się na moją głowę grad wściekłości, żalu, furii, negacji, odrzucenia. Uczyłam się więc każdego dnia balansować na cienkiej granicy pomiędzy względną i cichą akceptacją a jawnym, krzykliwym niezadowoleniem. Nauczyłam się badać swoim lakmusowym papierkiem Serca każdą ich złożoną emocję, jaką tylko wyciskały wszystkie pory w ich ciałach. Nigdy wprost. Zawsze zaszyte. Schowane. Zamiecione. Zakamuflowane. I zaszyfrowane przekazy. I to ja miałam poznać ten kod. Ja miałam złamać tajemnicę Enigmy. Bez podpowiedzi. Bez książek. Poradników. Wskazówek. Bez nauczycieli. Bez instrukcji.

Stałam się więc kujonem na wielkiej wojnie emocjonalnego przetrwania. Na wojnie, której celem było utrzymanie tego małżeństwa. Utrzymanie rodziny. Posklejanie wszystkich roztrzaskanych cząstek, tak by śladu nie było. Jakby tego było mało – sama sobie dołożyłam obowiązku trzymania młodszego brata z dala od tych rozlicznych i bolesnych przepychanek. On miał trwać w błogiej nieświadomości. On miał żyć normalnością, a nie podszytym pod skórą lękiem o każde jutro i każde dzisiaj. Brat miał rosnąć i cieszyć się życiem. Widzieć świat tylko w jasnych i pozytywnych barwach. Dlatego stałam się dla niego drugą, młodszą matką. Opiekunką ze skrzydłami. Zawsze blisko. Zawsze obok. Zawsze chętna do tulenia, do zabawy, do uczenia nowych słów, tłumaczenia świata wkoło nas.

Mój własny świat był tylko mglistą przestrzenią. Pełną bagien. Min. Broni największego rażenia. I wielu pułapek w pozornie bezpiecznych miejscach. A przecież, oprócz tego, był też drewnianym biurkiem. Wiecznym piórem. Kałamarzem z niebieskim atramentem. Zeszytami w linię i kratkę. Ołówkiem. Kredką. Gumką. Linijką. Ekierką. Czerwonym marginesem. Domowym zadaniem. Zapowiedzianą klasówką. Dyktandem. Lekturą do przeczytania na wczoraj. Jak więc mogłam być perfekcyjna tu i tam jednocześnie? A przecież musiałam. Bo tego ode mnie oczekiwano. Nikt forów mi nie dawał. Nikt nie interesował się tym, czy mam siły, chęci, moc sprawczą, czy motywację.

Lawirowałam więc pomiędzy potrzebami innych, a ich oczekiwaniami związanymi ze mną. Pomiędzy wybuchowymi humorami, a nostalgicznymi nastrojami. Pomiędzy klasówką z matmy (której nie znosiłam), a zadaniem z polskiego (którego z kolei uwielbiałam). Siliłam się na grzeczne zachowanie w szkole, by nie otrzymać żadnej uwagi do dziennika, a zachować sympatię każdego nauczyciela do mojej osoby. Walczyłam o każdą dobrą ocenę, by na zebraniu moi rodzice nie musieli się mnie wstydzić, a w domu nie unosili głosu z dodatkowego powodu. Zaczęłam się tym samym coraz bardziej bać tego, co się stanie, gdy w końcu nie podołam, gdy któregoś dnia przegram tę walkę i nie zadowolę którejś ze stron. Co jeśli utracę sympatię? A co jeśli utracę miłość?

I to właśnie ten Lęk stał się niezmienną wykładnią mojego istnienia, moją codziennością, moim każdym oddechem, westchnieniem, ciała poruszeniem. Początkowe, dziecinne moje istnienie oparte o uważne wyczuwanie emocji najbliższych i walkę o ich miłość oraz uwagę, zostało w tamtym czasie wzmocnione i zwielokrotnione o spełnianie cudzych oczekiwań. Z czasem ich wyobrażenia, zaczęły stawać się moimi. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wiele razy przyszło mi już w dorosłym życiu usłyszeć, że jestem jak chorągiew na wietrze – zmieniam zdanie w zależności od tego, co uważa osoba najbliżej mnie lub najsilniej odznaczająca się swoim Ja tuż obok mojego.

Mój świat stał się więc podwójny. Dualistyczny. Na swój sposób wręcz schizofreniczny. Wielowarstwowy niczym skorupa ziemska. Poukładany i grzeczny w każdym kontakcie na zewnątrz. Idealny. Usztywniony do granic możliwości. Momentami aż nienaturalny – niczym manekin na sklepowej wystawie. Ale przecież o to chodziło. Patrzcie na nią – ach i och! Jakiż łatwy do zarządzania przedmiot. Pstryk – i robię wszystko, czego tylko chcecie. Pstryk – ukłon. Pstryk – uśmiech. Pstryk – słodka małpka. Pstryk – w sukieneczce na ławeczce z rączkami na kolanach. Ale w odwiecznej głębi mnie samej, za wieloma zakrętami Duszy, za setkami mórz wylanych do poduszki łez, w miejscach ukrywanych lata świetlne przed całym światem – mieściła się cała moja zbrojna kakofonia. Mieszanina przyprawiająca o zawrót głowy i mdłości. Nienaturalna. Niepoukładana. Bo i romantyzm. I szaleństwo. Luz życiowy. Krzyk i wrzask. Płynięcie pod prąd. Odrzucanie wszelkich norm. Niechęć. Nienawiść. Brak ograniczeń. Łamanie zasad. A przy tym wszystkim wydziergane nostalgicznie oczekiwanie do bycia noszonym na rękach. Obsypywania prezentami. Pragnienie do życia w luksusie, bez szansy na strach o Jutro.

Minie wiele lat nim ta twarda skorupa w końcu drgnie i lawa moich ukrywanych pragnień wypłynie na powierzchnię, po raz pierwszy napotykając światło dzienne. Wtedy jednak będzie już za późno na łagodne lądowanie. A rodzinna tkanina więzi zacznie się na dobre pruć.

 
 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Joanna

    21 listopada 2016 o 13:16

    Świetny tekst. Nie mogłam się oderwać. :)

     
  2. ~Magda T.

    21 listopada 2016 o 13:35

    Niestety, całymi latami trzeba się uczyć tego, jak być w tym świecie pełnym oczekiwań sobą.

     
  3. ~Marta Kraszewska

    21 listopada 2016 o 19:11

    Bardzo, bardzo dobrze się czyta. Tekst wzrusza…

     
  4. ~lady_in_red

    28 listopada 2016 o 22:59

    Czytałam na bieżąco wszystkie, ale…
    Początkowo się przeraziłam, myślałam że to realne wspomnienia, przemyślenia, odczucia. Odetchnęłam, gdy okazało się, że jednak twórczość. Inspirowana, oparta w jakiś sposób, ale mimo wszystko twórczość.
    Czyta się z zapartym tchem. Dziękuję :*

    i ślę buziaki

     
 

  • RSS