RSS
 

Wspomnienia z otchłani nie-pamięci

12 lut

Przypomniały mi się dzisiaj dwie osoby – psiapsiółka z podstawówki – Dorota. Oraz przyjaciel – Łukasz.

Ta pierwsza towarzyszyła mi przez 8 długich lat i wraz z opuszczeniem murów szkoły podstawowej, pomimo wspólnego liceum, nasze drogi gwałtownie się rozeszły. Jakby niemożność siedzenia w jednej ławce, pozbawiała nas przyjaźni na wieki wieków. Ale przez te lata naszego dzieciństwa – znałam ją niemal na wylot. Dorota była bardzo szczuplutka, niemal chuda i zawsze na tym poziomie budziła niepokój babci i dziadka. Miała proste, gładkie i lśniące niczym jedwab włosy koloru jesiennego kasztana. Oczy także miała brązowe. I szelmowski uśmiech na twarzy. Jej pewność siebie powalała na kolana – szalenie jej tej cechy zazdrościłam. Sama byłam nieśmiała i bałam się zbyt wielu rzeczy. Dlatego idealnie się uzupełniałyśmy na poziomie różnicowania.

Dorota mieszkała razem z rodzicami w kamienicy, w wielkim mieszkaniu z 5 pokojami, olbrzymią kuchnią i małym balkonem wychodzącym właśnie z kuchni. Uwielbiała cynamon. W późniejszych latach – Depeche Mode. A na śniadania jadała niemal codziennie chleb z Nutellą (co na tamte czasy było to rarytasem i świadczyło o zamożności rodziny, która sprowadzała takie specjały zza granicy). A poza tym była koszmarnym niejadkiem. Swoje drugie śniadania, jakie dostawała do szkoły (a był to także chleb z Nutellą) zawsze oddawała mi. Ku mej olbrzymiej radości. Uwielbiała bajki z Popeye oraz Strusiem Pędziwiatrem. Świetnie jeździła na nartach. I uwielbiała być w centrum uwagi. Miała młodszego o 8 lat brata Wojtka (tu nasz los był podobny – mi przytrafił się młodszy o 9 lat brat – ale w przeciwieństwie do Doroty – Krzyś był wyczekanym przeze mnie i ukochanym braciszkiem. Ona swojego nienawidziła i robiła mu często na złość. Nie rozumiałam tego i bardzo Wojtkowi współczułam). Często zabierała mnie na kilka tygodni (zimowe ferie i wakacje) do górskiego Ustronia, do willi babci i dziadka – za każdym razem były to moje cudowne wakacje. Robiłyśmy tam co chciałyśmy – wędrowałyśmy pod Równicą (góra) i tam szlajałyśmy się po dolinach, szurałyśmy liśćmi nad strumieniami, piłyśmy ze źródeł lodowatą wodę, wspinałyśmy się po niewielkich wzniesieniach, chodziłyśmy nad Wisłę i przechodziłyśmy po uskokach (specjalnie skonstruowanych) trzymając mocno swoje buty w rękach i modląc się, by rzeka nie okazała się zbyt silna, a podłoże zbyt śliskie. Jeździłyśmy po tym górskim miasteczku na rowerach i tworzyłyśmy swój szalony świat wyobraźni oraz dziecięcej zabawy – nie skażonej strachem o nasze życie. Miałyśmy tylko punktualnie wracać na obiad i kolację, oraz czasem pomagać babci i dziadkowi w ogrodzie lub domu. Rodzice Doroty byli (i nadal są) nauczycielami akademickimi na uniwersyteckim wydziale fizyki. To dzięki Dorocie mogłam oglądać olbrzymi mikroskop elektronowy, który zajmował olbrzymią powierzchnię i zawsze podczas pracy cicho szumiał.

Dorota lubiła moje towarzystwo. Wydawała się być spragniona tej zwyczajnej szarości życia, jaką sobą prezentowałam. Jakby jej bogate i kolorowe życie było zbyt trudne do zniesienia. Ale pomimo tych słodkich chwil, jakie mi serwowałam, miewała czasem dziwne zapędy do upokarzania. Kiedyś zawołała swojego psa (owczarka niemieckiego, który miał zostać psem policyjnym, ale nie zdał testów) i kazała mi uklęknąć na czworakach. Pies tymczasem wskoczył na moje pośladki i zajął swoją pozycję do pokrywania suki, a ja mało nie umarłam ze wstydu i uczucia upokorzenia. Wiem, że był z nami ktoś jeszcze, oni się zaśmiewali do rozpuku, a ja miałam ochotę się rozpłakać…

Bycie dzieckiem to często niekończąca się walka wewnętrzna pomiędzy posłuszeństwem, a upokarzaniem innych, zadawaniu cierpienia a czułą opieką. Przekraczanie tych granic było naszym życiem. Tańcem trwającym latami. Gorzej, jeśli dopadło nas zmęczenie i postanawialiśmy pozostać na którejś ze stron, jako już dorośli ludzie. Posłuszni. Lub okrutni.

 

Łukasz natomiast był moim przyjacielem na znacznie krótszym dystansie. Ale w żaden sposób nie ujmuje mu to czaru i magii, jakie wniósł w moje życie. Łukasz był wówczas studentem i jednocześnie strażakiem ochotnikiem. Kochał swoją elektryczną gitarę i zespół Dire Straits. Uwielbiał intensywność życia, choć nienawidził ojca i tego, co zgotował rodzinie przez lata. Wrażliwy i szalony. Zawsze znajdował dla mnie czas, tuląc w ramionach niczym opiekuńczy anioł, kiedy tylko tego potrzebowałam.

Lecz ta historia nie da się porównać z niczym innym. Bo wyobraźcie sobie – siedzicie sobie wieczorem w pokoju wynajmowanego wspólnie ze studentami mieszkania (z którymi nie łączą was żadne bliskie relacje). I macie mega doła. Łzy leją się wartkim strumieniem na koszulę. Z głośników komputera lecą same łzawe kawałki, a wy rozpaczacie nad swoim boleśnie złamanym sercem. Uczucie pustki ogarnia was i pochłania z każdą kolejną chwilą coraz bardziej i bardziej. I wtedy, ten wasz jedyny przyjaciel oznajmia, będąc 200 km stąd, że właśnie podjął decyzję i jedzie do was. Że nie chce abyście byli sami. Że chce z wami być. Tak po prostu. Wyglądacie za okno i widzicie koszmarną śnieżycę, która zamazuje obraz świata i w coraz szybszym tempie zasypuje miasto. Krzyczycie w okienku dialogowym komunikatora internetowego, by tego nie robił, że to niebezpieczne. Lecz jego już tam nie ma. Właśnie odpala samochód i pędzi do was autostradą.

Gdy po dwóch godzinach otwieracie mu drzwi, macie ochotę opieprzyć go z góry do dołu, a jednocześnie zalewa was fala rozkosznego uczucia bezpieczeństwa. Oto wasz anioł. Uśmiechnięty. Z błyskiem szaleństwa w oku. Obejmuje was i wyciąga z plecaka alkohol oraz trawkę, którą właśnie pierwszy raz w życiu zapalicie. „Bo pierwszy raz musi być zawsze z najbardziej zaufaną osobą na świecie. Tego doświadczenia nie zapomnisz do końca swoich dni”.

I miał rację. To najpiękniejsza noc, jaką można sobie wymarzyć. Oto siedzicie sobie na łóżku z najlepszym przyjacielem świata, palicie marihuanę, śmiejecie się z głupot, tulicie do siebie i wreszcie nie czujecie się już tak cholernie zagubieni. Ból istnienia obluzował swoje ciasne objęcia. Żyjecie. Oddychacie pełną piersią. I cały ten cień za waszymi plecami, ta obrzydliwa ciemność, jaka was otaczała, znika zalewana blaskiem wspólnoty. Bez podtekstów. Czysta niczym kryształ relacja dwóch dojrzałych osób.

Łukasz był ze mną do momentu, gdy zaczął się wielkimi krokami zbliżać dzień. Była zima, więc koło 4 nad ranem, w ciemnościach jeszcze, pożegnał się ze mną i odjechał z powrotem. Wojownik Światła dojechał bezpiecznie do domu. A ja na zawsze zapamiętałam to wydarzenie, jako absolut przyjaźni. Czegoś takiego już nigdy nie dane mi było doświadczyć. Czystych intencji. I jedności.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii emocje, o mnie ze mną

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS