RSS
 

SKS

09 paź

Jest takie śmieszne i rubaszne doprecyzowanie tego skrótu z tytułu tego postu. Kiedyś oznaczał on dla mnie po prostu – Szkolny Klub Sportowy. Ale teraz to nic innego, jak: Starość Kurwa Starość.

Bo oto, szanowni państwo, dotarła do mnie. Dopadła w swoje macki. I wyszarpała kawał mięcha. Nie patyczkowała się. Nie obnosiła i nie zapowiadała swojego przybycia. Nie wysyłała liścików miłosnych (bardziej lub mniej), ani kartek z drugiego końca świata, mających zwiastować jej stosowne i jak najbardziej zrozumiałe przybycie. O, nie. Ona po prostu wparowała któregoś dnia i zmiażdżyła wszystko to, co do tej pory uważałam za należne mojej osobie.

Jakkolwiek to zabrzmi teraz górnolotnie – ale w moim przypadku niestety data czterdziestych urodzin (które obchodziłam kilka miesięcy temu), stała się tą okropną, obrzydliwą granicą pomiędzy tym, co uważałam za młodość, a potem dojrzałość w pięknie, a pomiędzy tym, co nieskończenie niedoskonałe, brzydkie, zwiotczałe, pomarszczone i grube. Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego u innych to wejście następuje tak powoli. Łagodnie. A u mnie – z takim pieprzonym przytupem. Dlaczego nagle mojego ciało wylało się ze spodni. Brzuch otrzymał oponkę i stadium wielorybicy. Dupsko przestało się mieścić w spodnie i wygląda nieapetycznie jak u słonicy, a uda przypominają mi świńskie udźce, przeznaczone bardziej do wyżerki, niźli do pieszczot i chwalenia się tu i ówdzie.

Pomijam aspekty pamięci. Problemów z nią – ulotnością większą niż wcześniej. Rozedrganiem. Większą huśtawką emocji. To było to przewidzenia. Nie buntuję się przeciw takim niedogodnościom. Ale ciało – nie należy już do mnie, a ja do niego. To dwie odrębne istoty. Choć, niestety, ta druga, gorsza, brzydsza, obrzydliwa – niczym cień wciąż mnie prześladuje.. Idę korytarzem. Za mną idzie kolega z firmy. A ja słyszę jej śmiech: „Gruba dupa, gruba dupa! Nikt nawet o tobie nie myśli w kontekście erotyzmu, dobrze ci tak!”. I łazi tak za mną. I śmieje się. I poniża.

Bo jednak chcąc, czy nie chcąc – potrafiłam kiedyś swoją osobą i swoim ciałem wzbudzać u płci przeciwnej pewien zachwyt. Mniejszy bądź mniejszy, ale jednak zachwyt. Teraz nawet nie chcę by na mnie patrzyli. Bo wystarczy, że ja sama patrzę i widzę obrzydliwość wylewającą się z ubrań. Ta okropna oponka uwydatniająca swoje zmanierowane złogi pod bluzką, zaznaczająca niejako swoją obecność, akcentując ją na każdym kroku. „Hej, patrzcie tutaj! Zobaczcie jak rozkosznie wylewam się znad spodni, i jak łatwo można ująć mnie między palcami i podrzucić to w górę, to w dół! Prawda, że to zabawne?!”…

Ale najgorsze jest to, co widzę oprócz tego ciała w lustrze. To odbicie mojej twarzy. A właściwie to też nie jest już moja twarz. To twarz mojej matki. Nie ojca – jak przez te wszystkie lata się działo – „och, jakaś ty podobna do taty, kropla w kroplę!”. Nie. To matka. MATKA. Kobieta, która miłość wciąż warunkuje. Która kocha mnie, bo musi, a nie dlatego, że chce, bo to czuje odśrodkowo, od-sercowo, z głębi duszy. A tak skonstruowana miłość jest fałszywa i piskliwa. Nienormalna. Odrzucająca. Jest, bo jest. Jasne. Ale to nie melodia dobrze skrojonych akordów i nut. To raczej walenie w struny i klawisze na oślep…

Stoję przed lustrem i widzę twarz swojej matki.
I nie cierpię tego widoku.
Nie znoszę.

Ciało. Twarz. Starość.
Kurwa mać.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Morfeusz

    9 października 2017 o 21:21

    Zabiłaś mi ćwieka tym wpisem. Mi, facetowi tuż przed 30 (już nie chłopakowi, a facetowi! – jakaż to ogromna różnica, jak boli czasami!) również ciężko pogodzić jest się z upływem czasu. Najbardziej boję się jednak nie osłabienia ciała, ale umysłu; że zacznie szwankować pamięć, a wraz z nią przepadać zacznie moja tożsamość, że zacznę stawać się coraz bardziej czystą kartką, albo kartką wprawdzie zabazgraną, ale pismem, którego umiejętność czytania postradam. Kobiety na pewno inaczej to przechodzą. Ale 40 lat to – wierzę w to naprawdę – taki wiek, że zdołasz jeszcze zapanować nad swoim ciałem, zdołasz je okiełznać i nadać mu kształt którego pragniesz. Każdy od czasu do czasu budzi się z palcem wkręconym w uparte wskazówki zegara; sęk w tym, by umieć je z nich wyszarpnąć, podłubać w nosie (a co!), wytrzeć o niego smarka, i… W drogę, bo życie można (i trzeba) wygrywać każdego dnia, każdej godziny – nigdy raz na zawsze. Jest zbyt wiele do stracenia, by się poddać.

     
  2. ~lady_in_red

    29 października 2017 o 21:31

    Niemal wszystko, co napisałaś, w jakimś sensie jest mi bliskie. Mimo, że do 40 urodzin jeszcze kilka lat. Dostałam to w „pakiecie” z rakiem i leczeniem. Dlatego umiem sobie wyobrazić, jak się z tym czujesz. Mój przypadek jest jednak inny – pakiet „z rakiem” sprawił, że nagle takie kwestie stały się błahe i nieważne, więc…
    Nie znam jedynie uczucia związanego z twarzą, niemniej wyobrażam sobie, że to w tych konkretnych okolicznościach musi być przerażające…
    Życzę Ci, żeby coś się zmieniło… cokolwiek, co sprawi, że choć odrobinę poczujesz się lepiej… że przestaniesz słyszeć wszystko to, co słyszysz niefajnego, że będziesz się mogła cieszyć życiem, każdym dniem, niezależnie od wszystkiego innego… Mocno za to trzymam kciuki.
    Buziaki

     
 

  • RSS